Dołączył: 04 Maj 2004 Posty: 13078 Ostrzeżeń: 1 Skąd: Kętrzyn
Wysłany: 08.01.2010 21:16 Temat postu:
Słodzik na rany.
czwartek, 07 stycznia 2010 r. godz. 16:23
I co ja mam z tymi Amerykanami zrobić? Może ich wykastrować, tak jak oni kastrują europejskie dziedzictwo kulturowe? Najnowszego powodu do akcji odwetowej dostarcza film „Wszyscy mają się dobrze” Kirka Jonesa – przeróbka „Stanno tutti bene” Giuseppe’a Tornatore.
Wiadomo – Tornatore to reżyser nierówny, ale akurat ten film należy do najlepszych w jego dorobku. Twórcy „Cinema Paradiso” nieobce są ckliwe tony, lecz jego sentymentalizm w porównaniu z sentymentalizmem amerykański jest znacznie bardziej wytrawny. To tak, jakby po pysznym włoskim winie wypić ulepek albo landrynkową lemoniadę.
W „Stanno tutti bene” (pokazywanym w Polsce, niestety, tylko dawno temu w telewizji) niezapomniany Marcello Mastroianni gra Matteo Scuro - emerytowanego urzędnika z Sycylii, wdowca, który postanawia odwiedzić swoje dzieci mieszkające w kontynentalnej części Włoch. Przekonany, że każde z nich odniosło życiowy sukces, pozna w czasie podróży smutną prawdę. Dzieciom nie wiedzie się najlepiej, w dodatku żadne z nich nie spełniło oczekiwań i rodzicielskich planów bohatera. W ostatniej scenie filmu Matteo uspokaja jednak swoją, leżącą już w grobie, żonę, że „stanno tutti bene” – „wszyscy mają się dobrze”. Lepiej, łatwiej i bezpieczniej żyć w świecie ułudy i hipokryzji, nie dopuszczać do siebie złych wieści, zwłaszcza, gdy jest za późno, by cokolwiek zmienić. Nazwisko bohatera – Scuro – znaczy po włosku „ciemny”. I on sam żyje w „ciemnocie”. Czy jednak warto go było „oświecać”, zwłaszcza gdy prawda nie ma mocy wyzwalającej, a jedynie odsłania mizerny bilans całego życia?
W wersji amerykańskiej Mastroianniego zastąpił Robert de Niro, który od dawna już nie zagrał w filmie na miarę swojego talentu (jak tak dalej pójdzie, to i jego bilans aktorski przechyli się na stronę minusów). Frank Goode przed przejściem na emeryturę kładł warstwę ochronną na kable telefoniczne (twórcy próbują budować z tego faktu metaforę – Goode „robił w komunikacji”, a sam nie potrafi skomunikować się ze swoimi dziećmi). Kilka miesięcy temu owdowiał, mieszka więc teraz sam w domku na przedmieściach i zajmuje się głównie pracą w ogródku. Gdy czwórka jego dzieci odwołuje przyjazd na rodzinne spotkanie, Frank siada w autobus i rusza w drogę.
Podobnie jak we włoskim filmie okazuje się, że pociechy nie żyją tak, jak to przedstawiały rodzicom w rozmowach telefonicznych. Jednej córce nie układa się więc życie osobiste, druga ma nieślubne dziecko, a syn nie jest dyrygentem, tylko szeregowym perkusistą w orkiestrze. Co się dzieje z czwartym dzieckiem, Davidem, nikt nie chce ojcu powiedzieć.
Do pewnego momentu film Jonesa jako tako zachowuje gorzką ironię oryginału (choć ckliwa muzyka wyraźnie próbuje zasnuć trzeźwe spojrzenie widza łzami). Jesteśmy niewolnikami oczekiwań swoich rodziców – by ich nie zawieść, wolimy kłamać i wciskać im „wersje oficjalne”. A oni wolą w nie wierzyć niż stawić czoła nie zawsze różowej rzeczywistości. Prowadzi to często – tak jak w przypadku Davida - do tragicznych skutków. Frank traktował go szczególnie surowo, zamarzył bowiem, że syn będzie sławnym artystą. A syn nie wytrzymał tej presji i poczucia winy, że nie jest tak znany i dobry jak tego życzył sobie ojciec. Goode chciał (nomen omen) dobrze, chciał, by każde z jego dzieci stało się kimś wyjątkowym. Ale przecież dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane.
W ostatnim kwadransie filmu następuje jednak cudowne hokus-pokus. Nie wolno mówić amerykańskim widzom, że się łudzą, że tak naprawdę przegrali życie swoje i zrujnowali życie swego potomstwa. Amerykanie, jak Matteo, wolą słodką nieprawdę od gorzkiej prawdy. Ok., większość z nas woli, ale zabijanie goryczy taką porcją słodkości jak w filmie Jonesa najpierw zamula, a potem wywołuje reakcje wymiotne.
Zamiast uczciwego rozrachunku z przeszłością dostajemy apoteozę życia rodzinnego i moje jakże „ulubione” bożonarodzeniowe klimaty. Słowa „wszyscy mają się dobrze” nie mają ironicznego wydźwięku, gdyż faktycznie wszyscy bohaterowie deklarują, że mają się dobrze, kochają swoją familię i są wdzięczni rodzicom za trud wychowania. A że jedno z dzieci po drodze zaćpało się na śmierć?! Cóż, zawsze można na ranę po stracie nasypać jeszcze więcej słodziku. Najważniejsze, że David, zanim umarł, z uznaniem wyraził się o ojcu.
A może tak właśnie trzeba? Może należy jak Amerykanie powtarzać sobie, że jesteśmy świetni, słuszni, bezbłędni...? Pudrować rysy i pęknięcia, które pojawiają się na naszym wizerunku? Sam już nie wiem. Świetny film Tornatore obejrzała garstka widzów, film Jonesa zobaczą pewnie miliony, które bardzo chcą wierzyć w to, że „mają się dobrze”.
Nota bene, właśnie zerknąłem do materiałów prasowych i wyczytałem, że reżyser, Kirk Jones nie jest Amerykaninem, lecz Anglikiem. Lizus! Zdrajca! Potwierdziło się, że Anglicy czują większą więź ze Stanami niż z Europa. To jak? Ich też trzeba wykastrować?
Przed zemstą nie ochroni obywateli Zjednoczonego Królestwa fakt, że Oscar Wilde powiedział kiedyś: „Dzieci z początku kochają swych rodziców. Gdy podrosną, sądzą ich. Czasem im wybaczają”. Bo on dla odmiany był Irlandczykiem.
Dołączył: 04 Maj 2004 Posty: 13078 Ostrzeżeń: 1 Skąd: Kętrzyn
Wysłany: 22.01.2010 19:15 Temat postu:
Dziewięć na dwa.
Felieton z cyklu Zapuszczając Żurawia
Onet.pl 21 stycznia 2010 r., godz. 00:44
No i mamy katastrofę! I to z gatunku tych niezbyt pięknych.
Aż dziw, że inteligentni w końcu panowie – scenarzyści Michael Tolkin (napisał kiedyś dla Altmana "Gracza"!) i Anthony Minghella oraz reżyser Rob Marshall – nie dostrzegli w porę, czym grozi mechaniczne kopiowanie Felliniego. Bezkarnie zżynać można z twórców i dzieł pomniejszych, zapomnianych. Ale żywcem ściągać z filmu, który ma status arcydzieła i który wielu widzów pamięta ujęcie po ujęciu! To tak, jakby przepisać na klasówce wypracowanie od najlepszego ucznia. Nie może ujść na sucho.
Pomysł, by przerobić "Osiem i pół" na musical przyjąłem zresztą życzliwie, zwłaszcza, że akurat to dokonanie Felliniego nie należy do moich ulubionych. Nie widziałem wersji scenicznej, która stała się bezpośrednią podstawą scenariusza "Dziewięć", z całą więc naiwnością spodziewałem się, iż Amerykanie zweryfikują treści wzięte z pierwowzoru, uwspółcześnią je, dodadzą jakieś nowe konteksty. W końcu od momentu powstania "Osiem i pół" minęło już ponad 40 lat, w czasie których widzieliśmy nie jeden film o kryzysie twórczym reżysera – w tym np. słynny musical "Cały ten zgiełk" Boba Fosse’a.
Nieprzyjemnym zaskoczeniem był już dla mnie fakt, że akcja "Dziewięć" toczy się - podobnie jak akcja "Osiem i pół" – we Włoszech lat 60. XX wieku. "Naturalna" dla dylematów bohatera Felliniego sceneria przekształciła się w nieprzekonującą stylizację, uwypuklającą tylko nieautentyczność i zbędność "Dziewięć". Zwłaszcza, że aktorzy grają po angielsku, ale próbują nadać swojej mowie włoski akcent. To więc, co w "Osiem i pół" było projekcją lęków, obsesji, fantazji Felliniego, ale także odbiciem czasów i okoliczności, w których żył i tworzył, u Marshalla zmienia się w wystawny, a jednak wyjątkowo tani teatrzyk.
"Dziewięć" wiernie podążą za fabułą "Osiem i pół". Tak wiernie, że aż zakrawa to na głupotę. Modyfikacje są niewielkie. Amerykanie próbują mocniej psychologizować relacje Guida z kobietami, nie ma też słynnej sceny w haremie – pewnie z obawy, że mogłaby ona zostać odebrana dzisiaj jako seksistowska. Tyle że w "Osiem i pół" scena owa była erupcją erotycznych fantazji bohatera, a tym samym organicznym elementem świata wykreowanego przez Felliniego. Paradoksalnie więc, obraz kobiet w "Dziewięć" jest dużo bardziej anachroniczny niż ten sprzed czterdziestu lat. Te wszystkie cierpiące przez Guida, mizdrzącego się do niego i rozkładające przed nim nogi panie są figurkami ze "starej baśni".
I jeszcze piosenki (bo w końcu "Dziewięć" to musical). Nie dość, że już na starcie przegrywają z kompozycjami Nina Roty napisanymi do "Osiem i pół", to jeszcze zostały kiepsko zaśpiewane przez niespecjalnie utalentowanych wokalnie aktorów. W dodatku nie stanowią integralnej części fabuły, a jedynie tautologicznie komentują akcję.
Czyli "cały ten zgiełk" wokół "Dziewięć" to "wiele hałasu o nic"? Obawiam się, że tak. Choć jeden element spektaklu przypadł mi do gustu. Mianowicie, Judi Dench w niewielkiej roli kostiumolożki, a zarazem powiernicy Guida. Ona jedna nie została "zerżnięta" z filmu Felliniego. Wprowadza swoimi uwagami zdrowy, angielski dystans. Szkoda, że tego dystansu zabrakło twórcom.
Wszystkie czasy w strefie EET (Europa) Idź do strony Poprzedni1, 2, 3 ... 51, 52, 53
Strona 53 z 53
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach