Dołączył: 04 Maj 2004 Posty: 13078 Ostrzeżeń: 1 Skąd: Kętrzyn
Wysłany: 26.11.2009 14:49 Temat postu:
Samiec pod choinką.
środa, 25 listopada 2009 r. godz. 13:49
Dla kinomanów tygodnie przed Bożym Narodzeniem to czas żniw. Co prawda, na dużych ekranach bida z nędzą – premiery można policzyć na palcach rąk, w dodatku są to przeważnie filmy nie nadające się do spożycia – ale za to na rynku DVD mamy iście babiloński przepych.
Dystrybutorzy zasypują sklepy kolejnymi „luksusowymi edycjami specjalnymi”, które inteligencja pracująca miast i wsi kupuje sama sobie pod choinkę. W tym roku będziemy mogli radować się m.in. kolekcjami filmów Antonioniego, Melville’a, Godarda, Adlona, Allena, von Triera, etc. To dobra odtrutka na świąteczny program naszych kochanych telewizji.
Błądząc między półkami sklepów (internetowych, bo do tych rzeczywistych wolę się nie zbliżać w okresie świątecznej histerii), staram się wypatrzyć różne rarytasy. Nie wiem, czy wiecie, ale zaczęto wydawać u nas filmy słynnych skandalistów kina. Chociażby Polaka, Waleriana Borowczyka. Jakież to musi być podniecające znaleźć pod bożonarodzeniowym drzewkiem „Bestię” z „Opowieściami niemoralnymi”! A potem obejrzeć to wspólnie w rodzinnym gronie.
Pojawiły się też w Polsce filmy Marco Ferreriego. Takie „Wielkie żarcie” powinniśmy oglądać w każde Boże Narodzenie zamiast „Kevina samego w domu” (przed, po lub w trakcie wielkiego żarcia). Mnie jednak bardziej zainteresował film Ferreriego z 1978 roku – „Żegnaj małpko”. Dotąd zupełnie u nas nieznany, choć przecież wyróżniony na festiwalu w Cannes Wielką Nagrodą Jury (nota bene, ex aequo z brytyjskim filmem Jerzego Skolimowskiego „Wrzask”).
Polski dystrybutor przetłumaczył na nasz język angielski tytuł „Bye Bye Monkey”, ale ja wolę oryginalny tytuł włoski – „Ciao maschio”, czyli „Żegnaj samcze!”. Rzecz gustu, prawdę powiedziawszy, bo też po równo giną w tym filmie małpy i mężczyźni. Ferreri głosi tutaj kres naszej cywilizacji, która upadnie jak upadło kiedyś Imperium Rzymskie. Tyle że może w mniej spektakularny sposób. By uwiarygodnić tę przepowiednię umieszcza włoski reżyser akcję w najważniejszym mieście Imperium Amerykańskiego, Nowym Jorku – dotkniętym akurat plagą szczurów .
Cóż, cicha apokalipsa Ferreriego - po ponad 20 latach od momentu jej obwieszczenia - trochę nudzi, niemniej jednak jest w niej coś przejmującego i proroczego. Część scen rozgrywa się bowiem na plaży nad rzeką Hudson. W piasku leżą zwłoki King Konga, a ponad nimi górują wieże World Trade Center, które – jak wiadomo – jakiś czas potem upadły i to wcale nie po cichu. Oglądajmy stare filmy, a będziemy mądrzejsi (szkoda, że po szkodzie).
Zanim jednak zapłaczemy w Boże Narodzenie nad śmiercią Nowego Świata, popatrzymy sobie na arcydzieło innego włoskiego reżysera, Federica Felliniego – „Rzym”. Rozkosz, którą dostarcza ten film była, jest i będzie wieczna jak miasto, o którym opowiada. A teraz w dodatku jest jeszcze większa, bowiem możemy - dzięki wydaniu DVD - delektować się także melodią dialogów dotąd zagłuszanych przez telewizyjnych lektorów (oglądanie filmów Felliniego w wersji z lektorem jest zbrodnią i powinno podlegać surowym karom!).
Rzym to miasto, które „nawarstwia się i spiętrza”. Pozostałości rozmaitych epok i stylów sąsiadują tu ze sobą, nakładają się na siebie, wspólnie niszczeją i rozpadają się, ustępując miejsca nowym domom, pomnikom, przedmiotom. I ludziom, dzięki którym to miasto ciągle żyje – tak samo, jak żyło w starożytności, renesansie, za czasów Mussoliniego... Jak żyć będzie jeszcze długo po Berlusconim.
Wiem, że stare przysłowie mówi: „Gdzie Rzym, a gdzie Krym”, ale skoro Boże Narodzenie to podobno czas refleksji, warto sobie przy karpiu uświadomić, że za jakiś czas i nasze bloki (wreszcie) zapadną się pod ziemię. A na ich ruinach inni już ludzie będą jeść, pić, kochać się, wpadać w depresję... I tak dalej.
Dołączył: 04 Maj 2004 Posty: 13078 Ostrzeżeń: 1 Skąd: Kętrzyn
Wysłany: 27.11.2009 18:59 Temat postu:
„Dom zły” (2009)
PRZEKRÓJ Nr 47 (3361)
24 listopada 2009 r.
„Dom zły” - horror nasz powszedni.
..........
Wszędzie źle, ale w „Domu złym” najgorzej.
Ten dom Polska się nazywa. Podobnie jak w „Weselu” – swoim poprzednim filmie – Wojciech Smarzowski odsłania paskudną mordę naszego dzielnego narodu: brudną, zapijaczoną, z malującymi się na niej grymasami zawiści i buńczucznego samozadowolenia. „Dom zły” zaczyna się w zimowy dzień stanu wojennego. Gdzieś na bieszczadzkim zadupiu, w wiejskiej chacie Milicja Obywatelska pod dowództwem porucznika Mroza (ciekawa rola Bartłomieja Topy) przeprowadza wizję lokalną. Ma ona wyjaśnić okoliczności zbrodni sprzed czterech lat. Jesienią roku 1978 do owej chałupy – tonącej wówczas w błocie, a będącej własnością małżeństwa Dziabasów (Kinga Preis i Marian Dziędziel) – trafił zootechnik Edward Środoń (bardzo dobry Arkadiusz Jakubik) szukający PGR-u. Na powitanie został pogryziony przez psa gospodarzy, a potem było już tylko straszniej.
Obie te przeplatające się ze sobą opowieści – o kryminalnej nocy i jej rekonstrukcji – zachowują klasyczną jedność czasu, miejsca i akcji. Nietrudno więc zgadnąć, że w obu przypadkach musi dojść do tragedii, którym jednak zdecydowanie bliżej będzie do skąpanych we krwi i szlamie horrorów niż do wzniosłych fraz starożytnych Greków. Między główne wątki twórcy (oprócz Smarzowskiego wymieńmy także współautora nagrodzonego w Gdyni scenariusza Łukasza Kośmickiego) włożyli kilka opowieści pobocznych (chociażby znakomitą o pożarach we wsi) dopełniających obrazu „polskiego piekiełka”. Deprawacja, korupcja, zazdrość, podłość, obłuda, oszczerstwo, oszustwo, pazerność... A wszystko suto zakrapiane „świętą wodą” z procentami. Długa jest lista nieprawości, których dopuszcza się lud polski w „Domu złym”. Na ich tle drobne odruchy uczciwości Mroza i Środonia urastają niemalże do rangi moralnego heroizmu.
Zdarzenia pokazane w filmie rozgrywają się w scenerii „ziemi jałowej” pokrytej śniegiem, skutej lodem, śmierdzącej gnojem. Płaskiej, pustej, wyssanej z kolorów, pozbawionej jakichkolwiek metafizycznych znaków czy sugestii (świetne zdjęcia Krzysztofa Ptaka). Nie ma Boga, nie ma szatana, ludzie ludziom zgotowali ten los.
Twórcy umieścili akcję w czasach PRL, co może skłaniać do łatwej konstatacji, że to komuna wypaczała charaktery. Ale w filmie nie chodzi o grymasy i pozy wymuszone przez nielubiany ustrój. Smarzowski pokazuje, że źródła nikczemności biją znacznie głębiej – okoliczności mogą jedynie sprzyjać wyzwoleniu tego, co w człowieku najgorsze. Łajdactwo, złodziejstwo, skurwysyństwo to jest nasze narodowe dziedzictwo, horror nasz powszedni. Mijają lata, mijają wieki, a ten dom wciąż zły.
Bartosz Żurawiecki „Film”
Ocena: 5/6
„Dom zły”
Reż. Wojciech Smarzowski, Polska 2009
ITI Cinema, 102', premiera 27 listopada. _________________
Dołączył: 04 Maj 2004 Posty: 13078 Ostrzeżeń: 1 Skąd: Kętrzyn
Wysłany: 28.11.2009 14:56 Temat postu:
FILM - listopad 2009
Str. 50 – Artykuł o szwedzkim kryminale - Ponowny potop szwedzki.
Przed premierą. Millenium: Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet.
Str. 60 - Felieton W rajtuzach coś drgnęło. Z polskich filmów jasno wynika, że najwięcej doświadczenia w sprawach seksu mają u nas... małolaty.
Str. 67 – W listopadzie na kinowych ekranach.
RECENZJE
Str. 73 – Bunt L. Bułgaria 2006 **
Maturzysta próbuje uciec na Zachód.
Str. 82 – Dwie strony medalu. W duecie z Marcinem Niemojewskim. Głos na plus.
Ricky.. Francja/Włochy 2009 ****
Cudowne dziecko w komunalnym bloku.
Teksty sygnowane inicjałami BŻ
• EKRAN dvd.
Str. 94 – Kobieta w Berlinie. Niemcy/Polska 2008 **
Str. 94 – Hańba. Australia/RPA 2008 ****
Str. 95 – Mój brat jest jedynakiem. Włochy/Francja 2007 ****
Str. 95 – Niezwykłe przygody włochów w Rosji. ZSRR/Włochy 1974 ****
Str. 98 - Ranking 12 gniewnych ludzi i oceny Bartosza >>>:
4 – Biała wstążka.
5 – Rewers.
4 – Dom zły.
5 – Serafina.
4 – Dzień w Juriewie.
4 – Moje Winnipeg. (ja tam wpadłem w trans)
4 – Magiczne drzewo.
3 – Mniejsze zło.
4 – Ricky.
1 – Miasto z morza. _________________
Dołączył: 04 Maj 2004 Posty: 13078 Ostrzeżeń: 1 Skąd: Kętrzyn
Wysłany: 29.11.2009 13:35 Temat postu:
Żeby nie było już niczego.
Felieton z cyklu Zapuszczając Żurawia
Onet.pl 29 listopada 2009 r., godz. 00:44
Z polskiego punktu widzenia "2012" jest strasznym rozczarowaniem. Nikt nie zadbał o to, by pokazać, jak wali się chociażby Pałac Kultury.
Z pewnym opóźnieniem wybrałem się na "2012" Rolanda Emmericha. Musiałem poczekać, aż miliony widzów, które zapragnęły obejrzeć tę apokalipsę, opuszczą kina. Nie znoszę tłumów. Boję się ich i spodziewam się po nich najgorszego – jak nie kataklizmu, to przynajmniej zmasowanej konsumpcji popcornu. Z drugiej jednak strony, pociąga mnie – jak owe miliony – kino katastroficzne. Moja słabość do destrukcji zasługuje niewątpliwie na głębszą analizę, na którą nie ma tutaj miejsca. Podsunę więc tylko jeden trop – od dawna żywię płonną nadzieję, że większość polskich miast wreszcie trafi szlag, dzięki czemu da się wybudować na ich miejscu coś, od czego nie bolą oczy i co nie urąga zmysłowi estetyki. Niestety, nie mamy w ojczyźnie tajfunów, wulkanów i trzęsień ziemi. Toteż zamiast filmów katastroficznych robi się u nas co najwyżej wojenne (no, chyba że całe polskie kino uznać za katastroficzne). A szkoda. Bo byłoby co burzyć, przynajmniej na ekranie.
Z polskiego punktu widzenia "2012" jest strasznym rozczarowaniem. Niby oglądamy globalną zagładę. Niby rozpadają się kontynenty, góry, miasta. Nikt jednak nie zadbał o to, by pokazać, jak wali się chociażby Pałac Kultury. Nikt też nie zaprosił żadnego Polaka do Arki ocalonych. Nowy wspaniały świat będzie się musiał obyć bez nas. Musielibyśmy zrobić swoją wersję "2012" z akcją umieszczoną w czasie rozgrywek Euro. Chyba nietrudno sobie tę katastrofę wyobrazić?
Z mojego punktu widzenia "2012" też jest rozczarowaniem. To dzieło niekompletne (mimo kompletnej demolki) i zostawiające poczucie niedosytu. Bowiem w filmach Emmericha (i innych tego typu hollywoodzkich produkcjach) destrukcji może ulec wszystko - z wyjątkiem amerykańskich wartości. One, jak karaluchy, przeżyją nawet wojnę atomową. Cóż z tego, że świat się skończył, skoro przeżył Pan Bóg z licznymi religiami, przetrwała "rodzina nuklearna", prezydent USA okazał się Ojcem Narodów, a rozwód i inne złe uczynki zostały ukarane (za to gdzieś się zapodziała moja ulubiona postać z filmu - kochanica rosyjskiego multimilionera)? Patetycznego ani sentymentalnego kiczu nie wybije (z głów twórców i widzów) żadne pandemonium. Pasażerowie Arki przetrwają czyści, schludni i ze zdrowymi zębami. Dotrą do nietkniętego kataklizmem lądu i zaczną od nowa wciskać stary kit.
Szkoda, że filmu katastroficznego nie nakręcił nigdy Luis Bunuel, który przyznawał się do fascynacji symboliką "terroryzmu totalnego, mającego na celu zniszczenie całego społeczeństwa, a nawet całego gatunku ludzkiego". Bunuel już nie żyje, na pewno jednak znalazłyby się jakiś żywy reżyser-anarchista gotowy wysadzić nie tylko parę budynków, lecz także kilka cywilizacji. Pozostaje pytanie, kto powierzyłby takiemu anarchiście setki milionów dolarów na realizację jego wizji.
Swoją drogą, Emmerich to zagadkowa postać. Kręci te swoje blockbustery, w których poddaje zwycięskiej próbie hekatomby konserwatywne wartości, zarabia na owych superprodukcjach supermiliony, a potem część zysku przeznacza na wspieranie Demokratów i organizacji gejowskich (podobno ma w domu przerobione w "fotoszopie" zdjęcia prezydenta Iranu w homoerotycznych pozach). Może więc jest w nim coś z anarchisty? Może sprytnie przemyślał sprawę – materię niszczy na ekranie, zmurszały porządek społeczny w rzeczywistości? Może jest Konradem Wallenrodem współczesnego kina? A nawet Konradem Wallenrodem globalizacji? Zdaje się, że to kolejny przypadek, gdy twórca jest ciekawszy od swojego dzieła.
"Nikt jednak nie zadbał o to, by pokazać, jak wali się chociażby Pałac Kultury" - mam nadzieję, że sprawą zajmie się IPN wraz z ministrem Sikorskim. _________________ Znośność bytu jest nielekka ...
czartogromski.blog.onet.pl La Dolce Fiamma
Against Gravity – firma specjalizująca się w dystrybucji filmów dokumentalnych – co jakiś czas wydaje box poświęcony jednemu krajowi. Były już "Oblicza Chin", niedługo ukażą się "Oblicza Rosji", a teraz właśnie możemy poznać "Oblicza Indii".
Zestaw zawiera trzy dokumenty, z których tylko jeden wpisuje się w stereotypowe wyobrażenia o Indiach jako krainie biedy, „odnowy duchowej” i „wielowiekowej mądrości”. Bohaterem "Hinduskiej love story" jest ponad stuletni guru obcujący z duchami, uzdrawiający ludzi i sypiający we własnym grobie, który wykopał obok miejsca pochówku swej ukochanej żony.
Ale prawdziwą rewelacją tego wydawnictwa są dwa kolejne dokumenty. Pokazują one przemiany kulturowe i cywilizacyjne dokonujące się w Indiach, zmieniające się oblicze kraju w dobie globalizacji. "John i Jane z Kalkuty" to portrety kilku pracowników call center, które sprzedaje „ryż, mydło i powidło”... Amerykanom. Klienci nawet się nie domyślają, że rozmawiają z osobami znajdującymi się na zupełnie innym kontynencie. Dla młodych ludzi wykonujących tę niewdzięczną robotę jest ona albo przekleństwem, albo nadzieją na dalszą karierę. Wszyscy oni generalnie chcą się wyrwać z Indii. Ameryka to ich ideał, ich ziemia obiecana, wierzą, że kiedyś znajdą w niej lub dzięki niej szczęście, sławę i pieniądze.
Zachód stanowi także punkt odniesienia w filmie trzecim "Hair India". Zaczyna się on w świątyni boga Wisznu, gdzie biedni ludzie zostawiają w ofierze swoje włosy. Następnie wota te są sprzedawane przez zarząd świątyni i trafiają do specjalistycznych zakładów produkujących peruki i pasma pozwalające wydłużać włosy, co jest szalenie modne wśród gwiazd Hollywoodu i bogatych Hindusek. Dokument zestawia - bez ferowania wyroków, bez oceniania – Indie biedne, konserwatywne, zanurzone w religii i tradycji oraz Indie bogate, nowoczesne, naśladujące zachodnie obyczaje. Indie przepychu, blichtru, celebrytów i kolorowych pism dla emancypujących się kobiet.
Do płyt składających się na "Oblicza Indii" dołączona jest książeczka z opisem filmów i wstępem Maxa Cegielskiego.
Dołączył: 04 Maj 2004 Posty: 13078 Ostrzeżeń: 1 Skąd: Kętrzyn
Wysłany: 11.12.2009 16:07 Temat postu:
Świąteczna opozycja demokratyczna. Film - Grudzień (12) 2009
Str. 60
Wszelka anarchia kapituluje przed bożonarodzeniowym tabu. Buntownicy zdejmują glany, wyciągają kolczyki z nosa i dalej wcinać uszka w barszczu.
Narodził się w naszej redakcji pomysł, by zrobić ranking najlepszych filmów świątecznych. Narodził się i na szczęście zaraz umarł, bo jeśli czegoś szczerze nie znoszę, to właśnie filmów świątecznych. Nie przepadam za westernami, ciężko trawię produkcje kung-fu, ale tylko dzieła z choinką bożonarodzeniową w tle wywołują u mnie wysypkę na łokciu i swędzenie w okolicach pachwiny. Aż wziąłem się ostatnio za samoterapię, by dotrzeć do źródeł owej niechęci.
Jakie wnioski? Ano takie, że trudno o bardziej skostniały i konserwatywny gatunek, który w dodatku nie ma żadnej demokratycznej opozycji. Wspomniane westerny doczekały się antywesternów, filmy wojenne – antywojennych, utopie – antyutopii...
A spróbujcie mi znaleźć dzieła antyświąteczne! Brak antidotum na zatrucie grzybkami, dławienie się ością z karpia, nudności po kolędach i poparzenia od rodzinnego ciepełka. Wszelka anarchia kapituluje przed bożonarodzeniowym tabu – buntownicy zdejmują glany, wyciągają kolczyki z nosa i dalej wcinać uszka w barszczu. Ateiści, postmoderniści oraz inni, którzy spędzają sen z powiek Krzysztofowi Zanussiemu, odkładają na bok lekturę Derridy czy Dawkinsa i dzielą się opłatkiem z najtwardszym betonem.
Jako że nie jestem Alfą i Omegą, Początkiem ni Końcem, sięgnąłem do krynicy wszelkiej mądrości – Internetu – z nadzieją, że może mi jednak jakieś filmy antyświąteczne wskaże. I co wyskoczyło? Jeden z portali, na przykład, uznał za dzieło obrazoburcze... „Kevina samego w domu”, którym katują nas telewizje publiczne i komercyjne w każde święta. Inny wymienił, a jakże!, „Złego Mikołaja”, bo padają tam brzydkie słowa, a główny bohater robi nieprzyjemne miny i wykazuje złodziejskie skłonności. Cóż mi jednak po komedyjkach, nawet czarnych, czy horrorach rozgrywających się w „cichą noc, świętą noc”, skoro we wszystkich tych filmach i tak na końcu triumfują tzw. tradycyjne wartości? Co to za alternatywa? Naprawdę nie przypominam sobie filmu, który kwestionowałby idee i obyczaje Bożego Narodzenia, obnażał hipokryzję kryjącą się za słodkimi pozorami. Tylko kto ma tę hipokryzję obnażać, skoro na święta wszyscy stajemy się hipokrytami? Oto jak polski dystrybutor reklamuje wydany właśnie u nas na DVD francuski film, daleki od gwiazdkowych dyr-dymałów i o raczej cierpkiej wymowie – „Świąteczne opowieści” Arnauda Desplechina: „Poznaj czarującą i wyjątkowo ciepłą opowieść, którą będziesz oglądał z najbliższymi w każde Święta Bożego Narodzenia”. Czyli i tak zawsze zostaniemy sprowadzeni do świątecznego kiczu. Może więc lepiej, by reżyserzy – dla własnego dobra – omijali szerokim łukiem tę tematykę?
Z bożonarodzeniowych szopek jestem w stanie zaakceptować sekwencję z filmu „33 sceny z życia” Szumowskiej – tę, w której co rusz przewraca się choinka, co zwiastuje rozpad rodziny dotkniętej chorobą i śmiercią. Dobrze też wspominam scenę z filmu Danny’ego DeVito „Wojna państwa Rose” – tu choinka dla odmiany płonie i już wiadomo, że nie uda się uratować ani świątecznego klimatu, ani małżeństwa głównych bohaterów. Jest także nieco zapomniany, a bardzo ciekawy kryminał Tadeusza Chmielewskiego „Wśród nocnej ciszy” według powieści Ladislava Fuksa „Śledztwo prowadzi radca Heumann”, rozgrywający się w pomorskim miasteczku lat 20. ubiegłego wieku. Świąteczną porą dzieją się tam rzeczy potworne (zabijani są mali chłopcy), a wigilijna wieczerza wzmaga nienawiść, jaką wrażliwy Wiktor czuje do swego despotycznego ojca.
Ale bez zastrzeżeń lubię tylko piosenkę (i teledysk do niej) punkowego zespołu Pansy Division zatytułowaną „Homo Christmas”. Zaczyna się tak:
„You'll probably get sweaters
Underwear and socks
But what you'd really like for Christmas
Is a nice hard cock”.
Oczywiście, przetłumaczę, bo po angielsku wszystko brzmi przyzwoicie i abstrakcyjnie. Abstrakcyjnie przyzwoicie.
„Pewnie dostaniesz na święta
Swetry, majtki i skarpety
A przecież wolałbyś
Miłego, twardego kutasa”.
„Lady Snowblood” to prawdziwa gratka dla kinomanów. Ten dotąd nieznany u nas japoński film Toshiyi Fujity z roku 1973 rekomenduje na okładce płyty DVD Quentin Tarantino.
I, faktycznie, nietrudno zauważyć, że "Lady Snowblood" była jedną z inspiracji przy powstawaniu "Kill Billa".
Scenariusz oparty został na mandze Kazuo Koike. Rzecz dzieje się w Japonii II połowy XIX wieku. Yuki, główna bohaterka filmu urodziła się tylko po to, by pomścić hańbę swej matki i śmierć jej męża. Od dzieciństwa szkolona jest na wojowniczkę. Nie może ulegać słabościom ani namiętnościom, musi zabić w sobie wszystkie uczucia poza obsesyjnym pragnieniem odwetu. Wreszcie, gdy kończy 20 lat, nadchodzi długo wyczekiwany moment – rusza śladem oprawców.
Zgodnie z tytułem, kolorystycznie dominuje w filmie kombinacja czerwieni i bieli. Krew, tryskająca hektolitrami, miesza się ze śniegiem, plami jasne szaty. Ta okrutna ballada, przez którą prowadzi nas namaszczony głos narratora, pokazuje, że zemsta rzadko bywa słodka, a nigdy nie jest niewinna. Wciąga bowiem w swój morderczy wir i niszczy wszystkich, którzy znajdą się na jej drodze.
Dołączył: 04 Maj 2004 Posty: 13078 Ostrzeżeń: 1 Skąd: Kętrzyn
Wysłany: 16.12.2009 21:40 Temat postu:
Krytyk ma prawo do własnego zdania.
----------
Wirtualna Polska - felieton
Sny o potędze.
wtorek, 15 grudnia 2009 r. godz. 13:53
Nie ma specjalnie powodów, by w grudniu chodzić do kina. Premier jak na lekarstwo i w dodatku jakieś niezbyt ciekawe. Przeczytałem ostatnio wywiad z jednym z polskich dystrybutorów, który twierdzi, że po 10 grudnia nie opłaca się niczego wprowadzać, gdyż ludzie są już pochłonięci świętami. Nie mają ani czasu, ani pieniędzy na rozrywki.
Niedostatek nowych tytułów ma tę dobrą stronę, że można w spokoju nadrobić parę zaległości. I tak, dopiero teraz zobaczyłem – nagrodzonego na festiwalu w Wenecji - „Papierowego żołnierza” Aleksieja Germana Młodszego. To był dobry wybór, choć ostrzegam, że ci, którzy nie akceptują „duszoszczipatielnyj” maniery wielu rosyjskich filmów mogą mieć problemy z przyswojeniem sobie utworu Germana. Reżyser jednocześnie nawiązuje do tej konwencji i z nią polemizuje. I właśnie owa dwuznaczność jest tutaj najciekawsza.
W „Papierowym żołnierzu” panuje napięcie między poziomem a pionem. Rzecz dzieje jesienią 1961 roku na kosmodromie w Kazachstanie, gdzie trwają przygotowania do wystrzelenia w przestrzeń pozaziemską pierwszego człowieka. Wokół step szeroki, błoto, syf i prowizoryczne baraki. Ale w głowach sny o potędze i marzenia o podbiciu wszechświata. A przynajmniej o wyprzedzeniu w tym dziele Amerykanów. Film ma zresztą atmosferę dręczącego snu, który nie chce się ani skończyć, ani zmienić w ekstatyczną wizję.
Myśli głównego bohatera, lekarza Daniela Pokrowskiego (Merab Ninidze), również strzelają w niebo. Powtarza on sobie, że pracuje dla wielkiej idei, że po zdobyciu przez Rosjan kosmosu świat zmieni się na lepsze. Ale sam w to wierzy. Widzi, że jego rodacy budują rakiety, a nie są w stanie zbudować porządnej drogi. Zna prawdziwe ludzkie koszty imperialnych ambicji. Momentem granicznym będzie śmierć w kabinie symulacyjnej pilota przygotowującego się do kosmicznej wyprawy. Zdruzgotany Daniel upadnie pod ciężarem rozterek (bo przecież, jak każdy rosyjski intelektualista, dźwiga na sobie ciężar odpowiedzialności za losy całego globu). Umrze na zawał w tym samym momencie, w którym rakieta z Gagarinem oderwie się od ziemi. Ofiara Daniela będzie zbędna i niepotrzebna. Pozostanie niezauważona. Gagarin też zresztą zginie. Nie podczas wycieczki w kosmos, ale kilka lat później – głupio, przypadkowo, w czasie rutynowego lotu samolotem.
Jest w filmie Germana jeszcze jeden kontrast – między mężczyznami a kobietami. Postacie kobiece wydają się na pierwszy rzut oka typowe dla rosyjskiej tradycji – całkowicie oddane mężczyznom, podążają za nimi na koniec świata i są gotowe spłonąć dla nich w ogniu miłości. Ale to tylko pozór, sposób ekspresji, klisza kulturowa. Bo tak naprawdę mocno trzymają się ziemi. Faceci bujają w obłokach i roztrząsają abstrakcyjne kwestie, giną bezsensownie i bezcelowo w imię jakichś tam idei, którymi w stanie usprawiedliwić każdą podłość, w tym także własną niewierność. One (zwłaszcza Nina, żona Daniela) mają trzeźwy i sceptyczny stosunek do rzeczywistości. Krzątają się wokół codziennych spraw, patrzą horyzontalnie nie wertykalnie. Dlatego też więcej widzą i rozumieją. Przeżyją papierowych bohaterów, stworzą po ich śmierci feministyczną wspólnotę.
Tytuł filmu pochodzi z ballady Bułata Okudżawy. Żołnierz, o którym w niej mowa, śmiało podążył w ogień walki. Nie pamiętał jednak, że jest zrobiony z papieru. My tu na Wschodzie lubimy myśleć o sobie jako o zbawcach, herosach, rycerzach. Zdaje nam się, że jesteśmy z marmuru i żelaza. Zapominamy, że tak naprawdę jesteśmy krusi, delikatni, nietrwali. Składamy się ze słabości, niedoskonałości, „błędów i wypaczeń”. Nasza pycha wyrządza krzywdę nie tylko nam, ale także innym. A gdy połączy się z władzą sprowadza zło na cały kraj, nawet na całą ludzkość. Gagarin poleciał w kosmos, ale świat nie stał się przez to lepszy. Wręcz przeciwnie.
German kilkakrotnie przywołuje Czechowa. Bohaterowie jego dramatów także śnili o potędze, nie chcieli pogodzić się z myślą, że ich życie jest banalne, ograniczone do codziennej rutyny i prowincjonalnego środowiska. Potem przyszli ci, którzy ziścili owe sny. I co? I wsadzili trzy siostry do gułagu.
Strzeżmy się metafizyki i wielkich idei. Są nieludzkie. Patrzmy w dół, a nie w górę. Dbajmy o grunt pod nogami, nie o niebo gwiaździste nad nami. Ono świetnie radzi sobie bez nas.
Dołączył: 04 Maj 2004 Posty: 13078 Ostrzeżeń: 1 Skąd: Kętrzyn
Wysłany: 21.12.2009 16:03 Temat postu:
Wywiady IS - Bartosz Żurawiecki
Etykietki nie są dla mnie balastem
O gniewie biskupów, masach zakochanych w komedyjkach i dewocjonaliach, wpływie popcornu na inteligencję widza, zachodzeniu kultury "od tyłu" i gejowskich malowidłach Mariuszowi Rajkiewicz opowiada Bartosz Żurawiecki. Po raz kolejny za pretekst do rozmowy służy antologia "Wolałbym nie" wydana w serii linia krytyczna przez krakowskie wydawnictwo ha!art.
Dołączył: 04 Maj 2004 Posty: 13078 Ostrzeżeń: 1 Skąd: Kętrzyn
Wysłany: 23.12.2009 21:06 Temat postu:
„Dziewięć dni jednego roku” (Diewjat dniej odnogo goda. 1961)
Empikultura - 2009-12-23, 11:30
Bartosz Żurawiecki poleca
Co miesiąc ukazują się w Polsce na DVD co najmniej cztery tytuły z klasyki kina rosyjskiego. Kolejny do kolekcji jest głośny swego czasu (główna nagroda na festiwalu w Karlowych Warach, 1962) film "9 dni jednego roku".
Wyreżyserował go Michaił Romm (autor zarówno hagiografii Lenina, jak i słynnego dokumentu "Zwyczajny faszyzm"), który podjął gorący wówczas temat fizyki jądrowej. Pamiętajmy, że oba mocarstwa – ZSRR i USA – rywalizowały ze sobą na tym polu, a nad światem przez dziesięciolecia wisiała groźba zagłady atomowej. Główny bohater filmu, naukowiec Dymitr Gusiew (gwiazda tamtych lat kina radzieckiego, znany z "Lecą żurawie" Aleksiej Batałow) prowadzi badania z narażeniem swojego zdrowia i życia, wierzy bowiem, że otwierają one przed ludzkością zupełnie nowe perspektywy. Toczy też dyskusje, m.in. z kolegą po fachu, Ilią Kulikowem (w tej roli inny sławny rosyjski aktor, Innokientij Smoktunowski) dotyczące pokojowego i militarnego wykorzystania energii atomowej.
Ponieważ jednak "9 dni jednego roku" powstało na fali odwilży roku 1956, toteż propagandowy ton (Związek Radziecki jako atomowe mocarstwo stojące na straży ziemskiego pokoju) i patos tematu równoważone są wątkami z życia osobistego naukowców. Obaj żywią uczucie do tej samej kobiety, pani fizyk Loli (Tatiana Ławrowa), co jednak nie niszczy ich przyjaźni. Warto też odnotować, że bohaterowie są przystojni, mają poczucie humoru, a rozmowy o ważkich sprawach nuklearnych toczy się na ekranie w niezobowiązujących okolicznościach restauracji czy bankietu zakrapianego wódeczką.
Można ten film uznać wyłącznie za łagodną, komunistyczną agitkę lub widzieć w nim nieco już dzisiaj przebrzmiałe świadectwo swojej epoki, jej dylematów i jej estetyki. Ale jeśli pomyślimy podczas jego oglądania o obecnych kryzysach energetycznych czy protestach ekologów, to okaże się, że tematyka "9 dni jednego roku" nie jest wcale taka odległa od naszych współczesnych niepokojów.
Dołączył: 04 Maj 2004 Posty: 13078 Ostrzeżeń: 1 Skąd: Kętrzyn
Wysłany: 29.12.2009 21:17 Temat postu:
Horror czasu kryzysu.
poniedziałek, 28 grudnia 2009 r. godz. 11:19
Nie ma to jak zstąpić w Nowy Rok do piekieł. Od czerwca czekaliśmy na polską premierę horroru Sama Raimiego, którą dystrybutor przekładał z miesiąca na miesiąc, przez co setki zawiedzionych kinomanów gotowych było przekląć go na wieki. W końcu postanowił wprowadzić film do naszych kin 1 stycznia 2010 roku. Szatański pomysł!.
Media odtrąbiły już koniec kryzysu (tak jak całkiem niedawno obwieściły jego nadejście), a tu upojonych sylwestrowym szampanem i zamroczonych złudną nadzieją na lepszą przyszłość wyrobników kapitalizmu Raimi strąca w otchłań i wydaje na pastwę sił nieczystych. Bohaterce „Wrót do piekieł” też się w pewnym momencie wydaje, że najgorsze jest już za nią. Myli się, oj myli!
Christine (Alison Lohman) – dziewczyna z awansu społecznego (urodziła się na farmie) – mieszka w Los Angeles pracuje w banku jako urzędniczka od kredytów. Marzy jednak o zdobyciu stanowiska „młodszego kierownika”, o które rywalizuje ze swoim kolegą. Gdy więc przychodzi do niej staruszka, niejaka Sylvia Ganusch (Lorna Raver), której właśnie rekwirują dom i prosi o odroczenie spłaty kredytu, Christine odmawia, chce bowiem pokazać swemu szefowi, że jest gotowa do podejmowania „trudnych i niepopularnych” decyzji. No to w ramach zemsty za upokorzenie Ganusch rzuca na dziewczynę klątwę. W ciało urzędniczki wchodzi demon, który trzy dni będzie ją nękał, a potem zabierze prosto do piekieł.
Jest w filmie Raimie trochę horrorowych obrzydliwości, na szczęście dawkowanych z umiarem. Główny walor „Wrót do piekieł” polega na tym, że to nie efekty specjalne wywołują w nas emocje, lecz przeżycia bohaterki, która nie zasłużyła sobie na taki los. Głęboko jej współczujemy, a współczucie to wzmaga obawa, że nas samych może spotkać coś podobnego. Owszem, Christine nieładnie postąpiła w stosunku do starszej osoby, ale z ręku na sercu – kto z nas nie jest (nie bywa) oportunistą w pracy? Kto z nas nie postępuje niegodnie, nawet podle, byle tylko przypodobać się swoim zwierzchnikom? Zwłaszcza w dobie recesji, gdy owi zwierzchnicy ciągle grożą nam zwolnieniem lub przynajmniej obniżką płacy?
Christine żałuje zresztą za grzechy i przyznaje w końcu, że powinna pozytywnie rozpatrzyć prośbę pani Ganusch (trudno skądinąd, żeby szła w zaparte, skoro klątwa staruszki niszczy jej życie). Jednak szczera czy udawana skrucha niczego nie zmienia - to już nie te czasy, gdy anioły ratowały nas przed demonami. Aniołów nie ma nawet w Los Angeles. Posnęły na kartach bajek. Demony - jak widać – są wiecznie żywe i żywotne. Jedynym ratunkiem dla Christine jest przekazanie komuś klątwy. Początkowo chce w nią wrobić swojego konkurenta do, pożal się Boże!, stanowiska „młodszego kierownika”.
Nawet jednak przez moment nie przyjdzie bohaterce do głowy, by zwalić ją na głowę łysiejącego i obłego szefa (David Paymer), który de facto swoimi manipulacjami na polu „zasobów ludzkich” doprowadził do całej sytuacji. Tak jakby był on groźniejszym potworem niż bies, który wszedł w ciało dziewczyny, a strach przed ewentualnymi konsekwencjami podniesienia na niego ręki przesłaniał realne niebezpieczeństwo zesłania do piekieł. Christine jest więc typową ofiarą systemu i to nie tylko ekonomicznego, ale też klasowego. Ma bowiem narzeczonego pochodzącego z zamożnej familii wysoko zadzierającej nosa. Jego rodzice nie mogą przeboleć faktu, że syn wziął sobie dziewczynę z ludu. I oni chętnie posłaliby Christine do czorta.
Z filmu Raimiego płyną więc wnioski szydercze, gorzkie, lecz prawdziwe. Ci na górze bez szwanku przetrwają pandemonium, które rozpętali, a nawet wyjdą z niego wzmocnieni i bogatsi. Ci na dole – czyli Pan, Pani, ja i ty -polegną i będą cierpieć niekoniecznie za własne grzechy.
Ale „Wrota do piekieł” nasuwają też pytanie o to, na ile jesteśmy wyłącznie częścią systemu, a na ile jednak odpowiadamy za swoje czyny i decyzje. Toutes proportions gardees – taki Eichmann, „architekt Holocaustu”, także tłumaczył się, że jedynie robił, co mu kazano. Jeśli więc po obejrzeniu horroru Raimiego jakiemuś pracownikowi banku zadrży ręką, gdy przyjdzie mu skazać petenta na głód, chłód i poniewierkę, będzie to oznaczać, że nauka nie poszła w… diabły.
Dołączył: 04 Maj 2004 Posty: 13078 Ostrzeżeń: 1 Skąd: Kętrzyn
Wysłany: 01.01.2010 22:24 Temat postu:
styczniowy "Film" wita nas prawdziwie gejowską okładką Film styczeń 2010
Czego nie słychać - felieton Bartosza Żurawieckiego
Muzyki w filmach jest przeważnie za dużo. I w dodatku mało kto u nas umie o niej pisać.
Czy ktoś w Polsce potrafi pisać o muzyce w filmach? Nie widzę, nie słyszę. Ciekawe – muzyka filmowa jest popularna jak nigdy przedtem. Liczne soundtracki wypełniają półki sklepów i dostają się na listy bestsellerów, kompozytorzy mają status gwiazd – np. w opisach amerykańskich filmów ich nazwiska pojawiają się przed nazwiskami operatorów, tak jakby film mógł istnieć bez zdjęć, a nie mógł bez muzyki. W naszym kraju organizuje się festiwale muzyki filmowej, niedawno zaś „Gazeta Wyborcza” zaczęła wydawanie cyklu z dziełami wybranymi kompozytorów tworzących dla kina.
A jednocześnie recenzenci filmowi milczą na temat muzyki w swoich tekstach. Czasami tylko ktoś – jakże oryginalnie i wyczerpująco – napisze, że muzyka była „świetna”, „znakomita” albo „klimatyczna”. Wiem, że filmoznawcy to nie muzykolodzy. Znam też powiedzenie przypisywane Frankowi Zappie (i paru jeszcze innym muzykom), że „mówić o muzyce to jak tańczyć o architekturze”. Owszem, muzyka posługuje się językiem pozawerbalnym, ale też dlatego mówienie o niej jest wyzwaniem, które warto podjąć. By jednak wypowiadać się na temat muzyki, trzeba połączyć kompetencję z precyzją – nie wolno uciekać w egzaltowane banały i pseudopoetyckie metafory. Mistrzostwo w tej dziedzinie osiągnął dla mnie Piotr Wierzbicki, chociażby w swoich felietonach drukowanych w soboty we wspomnianej „Wyborczej”. Tyle że dotyczą one muzyki klasycznej, a nie filmowej.
Z drugiej strony, o muzyce w filmie pisać łatwiej niż o muzyce „w ogóle”, gdyż pełni ona w tym medium rolę niejako usługową. Ma podkreślić nastrój, podbić napięcie, nadać tonację itd. Jej siła jest wielka. Kiedyś w gazetach opisywano eksperyment polegający na tym, że poproszono kilku kompozytorów o napisanie muzyki do sekwencji pochodzącej ze znanego filmu sensacyjnego (tytułu już nie pomnę). I okazało się, że – w zależności od charakteru „oprawy muzycznej” – sensacja zmieniała się w komedię, w subtelny dramat psychologiczny, a nawet w utwór eksperymentalny.
Całkiem niedawno dystrybutor zaprosił mnie i kilku dziennikarzy na pokaz polskiej produkcji w stanie „surowym”, czyli jeszcze bez muzyki. Po dwudziestu minutach podziękowaliśmy za projekcję, mieliśmy bowiem wrażenie, że robimy filmowi krzywdę, oglądając go w dezabilu. I faktycznie – dopiero muzyka nadała mu tempo i charakter. Bette Davis – gdy miała zagrać scenę schodzenia po schodach – pytała trzeźwo: „Schodzę sama czy z muzyką Maxa Steinera?”. Zasadnicza różnica. Spróbujcie kiedyś włączyć na cały regulator Mahlera albo Wagnera, a potem na klatce schodowej zróbcie parę kroków. Wasze ruchy od razu nabiorą dostojeństwa i godności. To zupełnie co innego niż zbieganie z odtwarzaczem mp3 w rytmie hitu np. Lady Gagi.
Analiza i ocena roli muzyki w filmach pozostaje jednak, jak wspomniałem, poza zasięgiem możliwości polskich krytyków. Przy okazji „Walca z Baszirem” sporo pisano o nowatorskiej formie, czyli połączeniu animacji z dokumentem, mało kto jednak zauważył, że klimat i znaczenia buduje tutaj także muzyka. Przetworzone dźwięki drugiej, mrocznej części sonaty Schuberta przewijają się przez cały film, walc Chopina rozbrzmiewa w kluczowej, surrealistycznej – zważywszy na okoliczności – scenie tańca w czasie ostrzału Bejrutu, a party na statku wypływającym na wojnę z „dziewiczymi”, nieświadomymi ceny, jaką przyjdzie im zapłacić żołnierzami ilustrowane jest piosenką zespołu OMD „Enola Gay” opowiadającej w dyskotekowym rytmie o samolocie, który zrzucił bombę na Hiroszimę („Enola Gay, powinieneś zostać wczoraj w domu”).
Kolejny przykład – „Bękarty wojny” Tarantina. Sekwencji, która otwiera film, towarzyszy przeróbka „Dla Elizy” Beethovena. I to nie statyczne ujęcia przykuwają w tym fragmencie naszą uwagę, nie powoli rozwijająca się akcja, ale właśnie muzyka. Niby znajoma, a jednak jakaś inna.
Bardzo jednak prawdopodobne, że samo kino odpowiada, przynajmniej częściowo, za naszą indolencję i ignorancję dźwiękową. Większość współczesnych amerykańskich produkcji wypełnia bowiem dzisiaj to, co Adam Garbicz nazwał „postromantyczną tapetą muzyczną”. Szczelnie zalepia ona film, a jej jedynym zadaniem jest zdublowanie wzoru z obrazka. Jak scena miłosna, to leją się z ekranu kaskady skrzypiec. Jak batalistyczna, to grają bębny. Jak pościg, to nuty gnają z bohaterem. Tautologia. Na dobrą sprawę taka muzyka załatwia robotę za widza. Bo to ona płacze, śmieje się, boi. Czuję się więc w tym momencie zwolniony z obowiązku emocjonalnego przeżywania filmu.
W superprodukcjach muzyki po pierwsze jest za dużo, po drugie – jest ona najczęściej banalna i żadna (czy ktoś może mi zanucić jakiś motyw z któregoś z ostatnich ekranowych hitów?). Paradoksalnie obecnie bardziej słyszy się... brak muzyki. Filmy, które obywają się bez ilustracji muzycznej od razu zwracają na siebie uwagę. Tak było z Dogmą, tak jest chociażby z „Białą wstążką” Hanekego.
Na zakończenie chcę dodać, że akurat dwa najlepsze polskie filmy ostatnich miesięcy – „Rewers” i „Dom zły” – nie wpisują się w tendencję do traktowania muzyki jako emocjonalnej protezy czy montażowego klajstru. Przeciwnie, w obu przypadkach muzyka jest równorzędnym partnerem. Nie dubluje, nie wypełnia, a prowadzi dialog z tym, co widać. Sugeruję więc młodym recenzentom piszącym o „Domu złym”, by – zamiast powtarzać obiegowe opinie – zastanowili się, jak zgrzytliwe dźwięki Mikołaja Trzaski mają się do rozpadu rzeczywistości, który pokazuje Smarzowski.
Dołączył: 04 Maj 2004 Posty: 13078 Ostrzeżeń: 1 Skąd: Kętrzyn
Wysłany: 03.01.2010 15:52 Temat postu:
Subiektywny ranking 10 najlepszych filmów roku. PRZEKRÓJ - Nr 51-52 (3365/3366) 22 grudnia 2009 r.
Ułożony przez filmowych dziennikarzy „Przekroju” *
..........
1. „Bękarty wojny”, reż. Quentin Tarantino
To nie jest kolejna czcza zabawa kinem. To rzecz o tym, jak kino bawi się nami, jak kształtuje naszą zbiorową wyobraźnię – a nawet pamięć. Genialna reżyseria, a scena w barze na pewno przejdzie do historii. I tak bękart został klasykiem.
2. „Walc z Baszirem”, reż. Ari Folman
Wspomnienia weteranów pierwszej wojny libańskiej opowiedziane (a raczej – pokazane) za pomocą ciekawej techniki animacji zwanej rotoscoping. A w tle wprowadzająca w trans muzyka Maxa Richtera. Efekt to hipnotyczny smutek, wciągająca jak bagno depresja. Świetne kino!
3. „Droga do szczęścia”, reż. Sam Mendes
Reżyser „American Beauty” znów podgląda mieszkańców przedmieść. Tym razem cofa akcję do lat 50., ale historyczny kostium przykrywa tu szalenie uniwersalny dylemat: zgodzić się na małą stabilizację, czy zapłacić wysoką cenę za bunt. Leonardo DiCaprio i Kate Winslet to zdecydowanie filmowa para roku.
4. „Zapaśnik”, reż. Darren Aronofsky
Mickey Rourke wkracza na ring i rozkłada wszystkich na łopatki. Reżyser tak splata losy aktora i jego bohatera, że trudno stwierdzić, gdzie kończy się kino, a zaczyna życie. Największy i najbardziej spektakularny (i reżyserski, i aktorski) powrót roku.
5. „Biała wstążka”, reż. Michael Haneke
Piekło jest w nas. Nie wierzycie? To marsz na „Białą wstążkę”! Haneke powraca do lejtmotywu swojej twórczości: odkrywania mechanizmów prowadzących do przemocy. I to w wymiarze społecznym, choć jego bohaterami są konkretni ludzie. Czarno-biały film, pozory ładu i zwyczajności, napięcie sięgające zenitu. Oto „Funny Games” przeniesione w czasy przed I wojną.
6. „Dom zły”, reż. Wojciech Smarzowski
Smarzowski nakręcił moralitet w formie kryminału i thrillera i pomieścił w tym opowieść o Polsce, historii, kondycji ludzkiej i czym sobie jeszcze chcecie. Powracające określenie „polski brat Coenów” nie pasuje. Smarzowski nie potrzebuje żadnych patronów.
7. „Rewers”, reż. Borys Lankosz
Dojrzały debiut fabularny świetnego dokumentalisty. Z wierzchu komedia o romansie panny Sabiny, a od podszewki – subtelny film psychologiczny o dojrzewaniu, walce z opresyjnym systemem i konflikcie pierwiastka męskiego z damskim. I ta obsada! Nowa jakość w opowiadaniu o polskiej historii.
8. „Gomorra”, reż. Matteo Garrone
Film zrealizowany na podstawie wstrząsającego sprawozdania Roberta Saviano z działalności neapolitańskiej camorry. Zbrodnie, wszechobecna dławiąca przemoc, kaptowanie do struktur dzieci, sprytne przenikanie do gospodarczego obiegu: grrozza. Chcecie zwiedzić prawdziwe Włochy? Obierzcie Garrone za przewodnika.
9. „Odgłosy robaków – zapiski mumii”, reż. Peter Liechti
Te odgłosy na pewno nie pozwolą wam spokojnie zasnąć. Oto najbardziej niepokojący i przyprawiający o dreszcze film roku. Fikcyjna opowieść o umieraniu, zrealizowana jak dokument i ubrana w obrazy tak sugestywne, że pozwala dotrzeć do najgłębszych pokładów emocji, a nawet – nie bójmy się tego słowa: prawdy. Po prostu żyć, nie umierać.
10. ex-equo: „Dystrykt 9”, reż. Neill Blomkamp
Objawienie roku. Reżyser debiutant i kraj debiutant. Bo jeszcze nikomu nie przyszło do głowy umieścić akcję filmu s.f. w RPA. Historia kosmicznego statku, którego pasażerowie na dłużej zatrzymali się w Johannesburgu, okazała się kopalnią politycznych i społecznych metafor. I raz na zawsze odechce się wam, burżuje, krewetek!
„Koralina i tajemnicze drzwi”, reż. Henry Selick
Adaptacja książki dla dzieci Neila Gaimana. Koralina w krainie błocka, deszczu i rodziców skupionych wyłącznie na pracy. Bajka jest fascynująca nie tylko z powodu tej dość nieoczywistej w filmach dla dzieci ponurej estetyki, ale także dzięki żywiołowej bohaterce.
* - po długich negocjacjach wybrali:
Michał Burszta
Michał Oleszczyk
Karolina Pasternak
Małgorzata Sadowska
Ola Salwa
Bartosz Żurawiecki _________________
Dołączył: 04 Maj 2004 Posty: 13078 Ostrzeżeń: 1 Skąd: Kętrzyn
Wysłany: 07.01.2010 17:38 Temat postu:
„Głód” (Hunger. 2008) PRZEKRÓJ Nr 1 (3367)
5 stycznia 2010 r.
„Głód” – I nie odpuszczę wam aż do śmierci.
..........
„Głód” pokazuje, do czego może dojść, gdy człowiek łaknie idei.
Po 66 dniach strajku głodowego, 5 maja 1981 roku zmarł Robert George Sands, znany jako Bobby Sands. Lider IRA zamknięty w więzieniu Maze w Irlandii Północnej. Wraz z innymi skazanymi członkami organizacji protestował przeciwko traktowaniu ich jak kryminalistów i domagał się nadania im statusu więźniów politycznych.
Debiut brytyjskiego reżysera o skądinąd znajomo brzmiącym nazwisku Steve McQueen opowiada o tamtych wydarzeniach. Ówczesna premier Wielkiej Brytanii Margaret Thatcher grzmi przez radio, że przemoc nigdy nie jest „polityczna”, lecz wyłącznie „kryminalna”. Ale w samym filmie próżno szukać klimatów politycznej walki. Żadnej wzniosłości, żadnej metafizyki usprawiedliwiającej gwałt, poniżenie i poświęcenie. Reżyser skupia się na udręczonych ciałach więźniów i strażników. Ci pierwsi podejmują najpierw „brudny strajk” – odmawiają mycia się, golenia, noszenia więziennych ubrań, smarują ściany swoich cel ekskrementami. Ci drudzy urządzają akcje, podczas których przy użyciu „środków przymusu bezpośredniego” wrzucają strajkujących do wanny z wodą, strzygą im włosy i brody. Sami czasami giną z rąk członków paramilitarnych oddziałów IRA. Przemoc jest naga i szokująca niezależnie od tego, z której strony politycznej barykady przychodzi.
Podczas jednej z takich „łaźni” poznajemy Sandsa (Michael Fassbender), który wyrywa się niczym dzikie zwierzę strażnikom pałami gnającymi go do kąpieli. Wściekłość i wrzask – nic więcej. W prawie pozbawionym dialogów filmie jest jedna długa i błyskotliwa scena rozmowy. Cięte riposty latają między Bobbym a księdzem, któremu Sands oznajmia swoją decyzję o rozpoczęciu głodówki. Ten próbuje go od niej odwieść, używając trzeźwych i racjonalnych argumentów („Pomyśl o swoim synu”, „Nawet jeśli Brytyjczycy ulegną, to ty i tak będziesz już martwy” itd., itp.). Ale dla Sandsa liczą się tylko honor i idea.
W tekście „Brutalny gest malarza: o Francisie Baconie”, wydanym właśnie w Polsce w książce „Spotkanie”, Milan Kundera pisze, że „ostatnią brutalną konfrontacją nie jest konfrontacja ze społeczeństwem, z państwem, z polityką, lecz z fizjologiczną materialnością człowieka (...) to prosta oczywistość, lecz zazwyczaj skrywa ją woal przynależności do wspólnoty oślepiającej nas swymi marzeniami, podnietami, projektami, iluzjami, walkami, wielkimi sprawami, religiami, ideologiami, namiętnościami”. McQueen w ostatnim akcie „Głodu” starannie pokazuje kolejne etapy cielesnej degradacji Sandsa. Nic nam nie zostanie oszczędzone: ani widok ropiejących ran, ani krwawego stolca Bobby’ego.
Jaki był efekt tego i innych protestów uwięzionych członków IRA? Rząd brytyjski w praktyce spełnił większość ich żądań, ale nigdy nie nadał im statusu więźniów politycznych. A 27 lat po śmierci Sandsa McQueen nakręcił film o jego głodówce.
Naprawdę warto było umierać?
Bartosz Żurawiecki „Film”
Ocena: 5/6
„Głód”
Reż. Steve McQueen
Wlk. Brytania/Irlandia 2008, 96’
Stowarzyszenie Nowe Horyzonty, premiera w Polsce 8 stycznia 2010 r. _________________
z listy zacytowanej przez hebiusa widziałem w kinie 7 filmów - nie jest zatem źle z moją statystyką _________________ Ach, kiedy znowu ruszą dla mnie dni?
Noce i dni
I pory roku krążyć zaczną znów
Jak obieg krwi
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach