Komisja ds. transportu pasażerskiego

Wszystko o kółkach, kołach, kółeczkach i koniach... mechanicznych.
Awatar użytkownika
Czartogromski
gejlord
gejlord
Posty: 17319
Rejestracja: 08.02.2003 17:05:35
Lokalizacja: Kufszynek

Re: Komisja ds. transportu pasażerskiego

Postautor: Czartogromski » 07.02.2018 19:20:45

Kto sądził, że prominentni członkowie prominentnej Komisji ograniczyli się do kontemplowania pereł architektury rumuńskiej, ten jest w błędzie, a nawet w mylnym błędzie !! 8)
Zresztą, 1 obraz powie więcej, niż tysiące słów :mrgreen.
Obrazek
:aniol:
Znośność bytu jest nielekka
Czartogromskie Czytanki 2.0
La Dolce Fiamma
Obrazek

Awatar użytkownika
Kawa
Arcybiszkopt
Arcybiszkopt
Posty: 11232
Rejestracja: 22.06.2005 11:45:17
Lokalizacja: Ziemia Ocalona - Daleka Północ

Re: Komisja ds. transportu pasażerskiego

Postautor: Kawa » 07.02.2018 21:32:27

Widzę, że chłopaki przysłali pocztówkę z koncertu zespołu Milano. :tancze:

Tymczasem w Elblągu ujawnił się miłośnik komunikacji miejskiej. Czyżby kandydat do Komisji? ;)
Ceterum censeo konserwa winna być zniszczona!

Awatar użytkownika
Leo
gejlord
gejlord
Posty: 8424
Rejestracja: 12.11.2012 22:50:32
Lokalizacja: Tychy

Re: Komisja ds. transportu pasażerskiego

Postautor: Leo » 08.02.2018 23:40:12

Szanowna Komisjo. Jadąc dzisiaj z pracy i rozczulając się nad kiepskim ogrzewaniem w moim dieslowym Stilo, przypomniało się mi, jak ciepło było w elektrycznych pojazdach w Bukareszcie. Jednak były to środki transportu na uwięzi trakcji. Pytanie moje brzmi, jak wygląda sprawa ogrzewania i efektywności ogrzewania w najnowocześniejszych, elektrycznych i autonomicznych (bez trakcji) środkach transportu? :D
Zastanawiam się, jak sobie te autobusy będą radziły przy temperaturze -15 stopni trwającej jeden tydzień? :)

Awatar użytkownika
Hebius
jaszczomp
jaszczomp
Posty: 35759
Rejestracja: 04.05.2004 14:26:51
Lokalizacja: Kętrzyn

Re: Komisja ds. transportu pasażerskiego

Postautor: Hebius » 09.02.2018 00:45:49

Mój Mediolan (w porównaniu z tym powyżej na rewersie baaardzo skromny :x ) też został dostarczony przez PP:
Obrazek
    Hej! hej! mołodyciu ty hoża,
    Luli, luli, piękna królewno!
    Przyjdzie hrabia bogaty zza morza, hej!
    Utuli, utuli, na pewno, hej!

Awatar użytkownika
Kawa
Arcybiszkopt
Arcybiszkopt
Posty: 11232
Rejestracja: 22.06.2005 11:45:17
Lokalizacja: Ziemia Ocalona - Daleka Północ

Re: Komisja ds. transportu pasażerskiego

Postautor: Kawa » 09.02.2018 16:39:30

Widzę, że koncert zespołu Milano zrobił tak wielkie wrażenie na Komisji, że postanowiła się podzielić swymi doznaniami ze wszystkimi. :)
Materiału poglądowego niestety nie załączę, bo mi laptop padł i stukam z telefonu. :beksa:
Ceterum censeo konserwa winna być zniszczona!

Awatar użytkownika
shane82
supernowa
supernowa
Posty: 6047
Rejestracja: 03.11.2011 00:05:51
Lokalizacja: Bielsko-Biała

Re: Komisja ds. transportu pasażerskiego

Postautor: shane82 » 09.02.2018 17:02:47

@Leo wydajność ogrzewania powinna być ok, ale raczej kosztem zasięgu do tego mróz który jeszcze bardziej może ograniczyć zasięg. Trzeba by poszukać informacji na lokalnych portach tam gdzie takowe cuda pomykają.
"Demokracja jest wtedy, gdy dwa wilki i owca głosują, co zjeść na obiad. Wolność jest wtedy, gdy uzbrojona po zęby owca może się bronić przed demokratycznie podjętą decyzją." Beniamin Franklin
V1, Rotate, V2, positive climb, gear up

Awatar użytkownika
regysky
Administrator
Administrator
Posty: 16264
Rejestracja: 26.05.2006 11:05:47
Lokalizacja: Kraków Główny Osobowy

Re: Komisja ds. transportu pasażerskiego

Postautor: regysky » 09.02.2018 19:48:09

W krakowskich autobusach elektrycznych jest ciepło. Co do zasięgu to trudno oceniać jak to wpłynie nań. Na razie i tak są oszczędzane i ładowane między kursami z sieci. W lecie uruchamia się klimatyzację, a niezależnie od pogody musi działać pięćset wyświetlaczy pokazujących reklamy i psalmy na cześć przewoźnika, więc nie martwiłbym się tak problemem ogrzewania.
Polish priest blessing “an important road” in the Radom county. Dąbrówka Połężna, 2012.

Awatar użytkownika
Leo
gejlord
gejlord
Posty: 8424
Rejestracja: 12.11.2012 22:50:32
Lokalizacja: Tychy

Re: Komisja ds. transportu pasażerskiego

Postautor: Leo » 09.02.2018 22:16:34

Zastanawiam się, bom elektryk pracujący przy dużych mocach. ;)
Niestety zagadnienia elektryki motoryzacyjnej nie są mi znane, jedynie wyobrażam sobie skalę problemu. Jednak uściślijmy. Taki autobus jest naładowany i wyjeżdża w standardową trasę w Krakowie. Robi kilka kilometrów na jednej trasie, załóżmy wraca i jest ponownie ładowany? Jak długo trwa takie ładowanie i jak wygląda, powiedzmy, indeks dobowego wykorzystania taboru elektrycznego w porównaniu do taboru konwencjonalnego?

Czy wiadomo już, ile kosztuje np. wymiana akumulatorów po ich zużyciu i jaki jest w ogóle prognozowana żywotność tych źródeł?

Edycja, poczytałem troszkę i wiem, o jakich mocach jest mowa.
Dla dużych pojazdów, takich jak np. elektryczne autobusy, Webasto przygotowało większe urządzenie HVH 100-800V o mocy 10 kW. Przystosowane jest ono do pracy z napięciem zasilania od 250 do 850 V, przy czym maksymalną moc osiąga od napięcia 450 V. Dla osiągnięcia wymaganej przez VDV mocy ogrzewania kabiny autobusu, wynoszącej 30 kW, trzy takie urządzenia mogą pracować równolegle w jednym systemie albo każde z nich może obsługiwać inną strefę, co daje większą elastyczność regulowania temperatury.

Awatar użytkownika
Walpurg
wielki miś Gejowa
wielki miś Gejowa
Posty: 28199
Rejestracja: 23.08.2002 21:31:03
Lokalizacja: Śląsk
Kontakt:

Re: Komisja ds. transportu pasażerskiego

Postautor: Walpurg » 17.02.2018 19:10:06

Raport z pierwszego zagranicznego wyjazdu Podkomisji ds. transportu lotniczego - Włochy i Rumunia


Jak głosi zapis tajnej rozmowy na Facebooku, wszystko zaczęło się 21.09.2017 o godz. 11.51, gdy Kubson zapytał mnie, czy kupić bilety. Bez chwili wahania zgodziłem się, oczywiście z wielkim entuzjazmem. Potem były godziny spędzone na myśleniu, jak to będzie, i kolejne spędzone na przygotowaniach, czyli bieganiu po walizki, plecaki, kosmetyki do 100 ml, mapy, przewodniki itd.

W czwartek, 25 stycznia, o 9.30 rano, samochód Kubsona i Romanna podjechał pod dom piszącego te słowa i zabrał go z całym koniecznym dobytkiem. W trójkę udaliśmy się do Tychów, aby na pokład samochodu załadować Leo z mężem M. Choć wiedzieliśmy, gdzie Leo mieszka i jak tam trafić, oczywiście zbłądziliśmy nieopodal jego domku, wjeżdżając na parking zamiast na osiedle, potem jeszcze drogę zatarasował nam kierowca taksówki wyglądającej jakby była przerobiona z karawanu. Ale dojechaliśmy!

Z Tychów szybka droga na Żory i w kierunku Ostrawy. Po drodze jaranie się sobą, wycieczką i solarisami w Ostrawie. W przydrożnym makdonaldzie – postój. Obsługująca nas starsza pani nie mogła na ekranie dotykowym kliknąć herbaty zamówionej przez któregoś z nas. Wtedy z pomocą przyszedł usłużny Kubson, który bez ceregieli wypalił z uwagą, że może powodem jest to, że pani ma – cytuję – „tłusty paluch”. :P Sytuację uratował jednak pan menadżer, który paluch miał najwyraźniej suchy.

Dojechaliśmy na mały parking przy lotnisku w Ostrawie. Błyskawicznie przyszedł bardzo uroczy pan Czech, obdarzony nie tylko ładnym uśmiechem, śmiesznym językiem, ale i wypchanymi okolicami rozporka, co oczywiście nie uszło naszej uwadze. Drogi Leo wykazał się ogromną życzliwością i cierpliwie zwracał uwagę na znajdujące się tuż przy samochodzie psie odchody. Nikt w nie na szczęście wtedy nie wdepnął. Zapakowaliśmy się do samochodu pana Czecha i pojechaliśmy z nim pod sam terminal. Tam niestety okazało się, że but Kubsona jest od spodu pokryty produktami końcowej części układu trawienia jakiegoś pieska, co wiązało się z koniecznością dłuższej wizyty w toalecie.

Do terminala lotniczego dobudowano niedawno stację kolejową – członkowie Podkomisji musieli oczywiście zrobić w niej pamiątkowe zdjęcie.

Obrazek
Stacja kolejowa na lotnisku w Ostrawie

A potem udali się korytarzem prowadzącym na terminal.

Obrazek
Wejście w tunel prowadzący ze stacji do terminala lotniczego

Po wszystkim stanęliśmy (nie)grzecznie w kolejce do kontroli bezpieczeństwa. Grzecznie, bo stanęliśmy, a niegrzecznie, bo Kubson kazał mi całować jakieś wiszące modele samolotów i robił mi zdjęcia. Na szczęście zdjęć tych nie dosłał, więc nie skompromituję się.

Obrazek
Tablica z odlotem z Ostrawy do Bergamo

Po prześwietleniu tobołów i przejściu przez bramkę wykrywającą metale, w oko pana od rewizji wpadł Romann, którego nie tylko zabrał na dodatkowe prześwietlenie butów, ale potem kazał jeszcze te buty zdjąć i ręką wymacał stopy Romanna. Widocznie jakiś fetyszysta, bo bomby żadnej nie znalazł :P

Obrazek
Przed samolotem

No i nadszedł mój pierwszy raz. Linia Ryanair przy rezerwacji miejsc dla kilku osób rozrzuca je po pokładzie i umieszcza w możliwie najdalszych od siebie fotelach. Chcąc siedzieć obok siebie, trzeba wykupić odpowiednią usługę. Kubson okazał jednak wielkie serce dla starego Walpa i wykupił dla naszej dwójki dwa miejsca obok siebie. Na moje pytanie, czy będzie mnie trzymał za rękę, gdybym się bał, odparł „za co tylko chcesz”. Tak wygląda przyjaźń! Okazało się jednak, że byłem dzielny i w ogóle się nie bałem :D Na dodatek od razu wyczuliśmy jako „naszego” pana stewarda o wschodniej urodzie i ciepłym wzrokiem obserwowaliśmy go a potem życzliwie komentowaliśmy każdy jego ruch nadgarstkiem.

Latanie polubiłem od razu. Cudowne uczucie. Zachwycające widoki. Intrygujące odczucia. Niestety, dość krótkie, bo po godzinie i 20 minutach wylądowaliśmy we włoskim Bergamo. Zaraz po odebraniu bagażu w oczy piszącego te słowa wpadł uroczy, męski i kipiący testosteronem Włoch, chyba strażnik graniczny czy policjant, w mundurze i z psem, strzegący wyjścia. Ten widok do dzisiaj mam przed oczyma.

Szybka przesiadka do autobusu i blisko godzinna podróż do Mediolanu. Po wyjściu z autobusu wstąpiliśmy na dworzec kolejowy Milano Centrale, by znaleźć placówkę pocztową. Zanim jednak udało się to zrobić, dwukrotnie przeżyliśmy szok. Pierwszy wiązał się z wyglądem dworca. Jeśli ktoś nie widział, spieszę donieść, że wygląda jak wnętrze wielkiej bazyliki czy katedry. Zachwycające!

Ale był i drugi szok. Mąż Leonka udał się od WC a tam… Okazało się, że zjawisko pikiet w publicznych toaletach ma się w Mediolanie dobrze. Przy pisuarach stało kilku panów i zabawiali się wzajemnie. Gdy M. z wypiekami na twarzy opowiadał czekającym przed toaletą pozostałym członkom wyprawy, rzecz zapragnął zobaczyć Leo i - mimo surowego spojrzenia swego męża i groźby rozwodu – poszedł przekonać się na własne oczy. Mieliśmy potem o czym rozmawiać. :P

Na koniec udało się odnaleźć placówkę pocztową na dworcu. Co ciekawe, ku naszemu wielkiemu zaskoczeniu, na poczcie była… poczta. Żadnych przepisów siostry Anastazji, ksiąg patrioty, kalendarzy z papieżem czy innych patriotyczno-dewocyjnych utensyliów. Po prostu poczta. Reszta jednak bez zmian, to znaczy ślamazarne tempo pocztowych urzędników chyba nawet przewyższało ślamazarne tempo pocztowców znad Wisły.

Obrazek
Poczta przez szybę

Po wyjściu zostaliśmy zaatakowani przez deszcz. I przez rzeszę ciemnoskórych sprzedawców parasoli (jeszcze po północy zdarzało się, że oferowali parasole). Pobieżyliśmy na tramwaj linii 5 (zabytkowy staruszek, ale w pięknym stanie, klimatyczny, cudowny). Potem na trolejbus linii 92. Najpierw przyjechał nowoczesny, wypasiony, o kosmicznym wyglądzie irisbus, potem jakiś staroć – pojechaliśmy oczywiście tym drugim. Zauważyliśmy, że nawet w przegubowych pojazdach kołowych oraz tramwajach są wyznaczone (zazwyczaj na przemian) drzwi do wsiadania i wysiadania. Nie można wysiadać dowolnymi.

Trolejbusem dojechaliśmy do okolic naszego hotelu. Kubson udał się zrobić dobre wrażenie na obsłudze hotelu, reszta wycieczki poszła zaś z tobołami do sklepu (Carrefour Express). Serki, wędlinka, napoje, oliwki, winko i pieczywo. No i do kasy. Upojony zakupem dobrego wina za 1,5 euro, podałem panu sprzedawcy bułki a ten coś odburknął po włosku. Oczy chwilowo wyszły mi z orbit, bo nie wiedziałem, czego chce ów jegomość. Kompani szybko mi jednak uświadomili, że nie mam zważonych bułek. O tempora, o mores! To tu bułki trzeba ważyć? Owszem, widziałem jakąś wagę, ale sądziłem, że to tylko na ciabatty, które i w Polsce często są sprzedawane na wagę. Na szczęście wspaniały mąż Leo pobiegł zważyć moje bułki. Dodam, że zamieszanie z bułkami było tylko po to, by jutro zostawić je w hotelu jako niezbyt świeże. :P

Poszliśmy do hotelu. Wchodzimy a vis-a-vis drzwi wejściowych obraz „Maryjki”, tzn. Najświętszej Maryi Panny, naturalnych rozmiarów. Okazało się, że to hotelik o jakimś katolickim charakterze. Szok. Zameldowaliśmy się i już chcieliśmy udać się do pokoju, gdy ktoś zapytał o windę. Oczywiście była. Wycieczka skierowała się ku niej, ale pani szybko ostrzegła, że jest tylko do 200 kg. Uznaliśmy więc, że do środka wchodzą 3 lżejsze osoby (niespodzianka: nie byłem to ja, nie był to Leo!). Ruszyli. Wewnątrz odbyło się liczenie wag poszczególnych osób. Jedna osoba plus druga to już wyszło koło 160 kg, a gdzie trzecia, i gdzie bagaże? Chłopcy nie doliczyli nawet trzeciej osoby, gdy winda zwolniła a w końcu zatrzymała się. Coś zaczęło piszczeć, coś się przewróciło, ktoś nacisnął STOP. No katastrofa po prostu. Trzy ciotki w zaciętej windzie w środku katolickiego hotelu! Na szczęście po chwili ruszyli i jeszcze wolniej dojechali na drugie piętro. Gdy to zrobili, na parter zbiegł Kubson, który postanowił uchronić mnie i Leo przed podobnymi atrakcjami i zaprosić do spaceru schodami.

Doszliśmy do pokoju, otwieramy a tam: 1 łóżko pojedyncze i 2 łóżka „małżeńskie”. No to jeszcze raz przypomnę, że na dole wisiała ogromna Matka Boska, a tu dwa łóżka małżeńskie dla… facetów. Albo tolerancja włoska jest większa niż myślimy, albo pani się nie zorientowała, że 4 facetów bez ślubu naraża na grzech śmiertelny.

Po chwili odpoczynku ruszyliśmy w miasto! Poszliśmy do przejścia podziemnego, żeby pociągiem TRENORD udać się do centrum Mediolanu. Na podziemnym peronie (pociąg jedzie pod ziemią, choć nie jest to metro!) osiągnęliśmy orgazm, gdy nadjechały jadące w dwóch kierunkach składy, z koszmarnie piszczącymi hamulcami. Potem przesiadka na czerwoną linię metra M1.

Wyszliśmy z podziemi i naszym oczom ukazała się ogromna katedra Katedra Narodzin św. Marii (wł. Duomo St. Maria Nascente). Niestety, było już późno, więc do środka nie zdołaliśmy wejść. Deszcz padał zaś niemiłosiernie. Poza bezdyskusyjnym pięknem monumentalnej katedry, rzuciły nam się w oczy wiszące na jej bocznych ścianach ogromne ekrany świetlne emitujące reklamy. Cóż, dla Kościoła katolickiego żaden pieniądz nie śmierdzi.

Po szybkim zobaczeniu katedry z zewnątrz poszliśmy w stronę najbardziej znanego teatru operowego świata – opery La Scala (Teatro alla Scala). Ubogie zasoby finansowe sprawiły, że musieliśmy zadowolić się obejrzeniem fasady opery, odwiedzenie wnętrza odłożyliśmy zaś na czasy, gdy będzie nas stać na bilety (od ok. 400 zł za najgorsze miejsca do ok. 1 600 złotych za najlepsze).

Następnie udaliśmy się do miejsca, które kojarzy chyba wielu z Szanownych Czytelników tych słów – do galerii Vittorio Emanuele II. Przykryty dachem pasaż butików najdroższych marek świata robi piorunujące wrażenie. Zwłaszcza gdy dojdzie się do skrzyżowania, na którym niemal wszyscy wyczyniają jakieś dziwne wygibasy. Okazało się bowiem, że to nie po zakupy się tutaj przychodzi, ale po to, by obcasem zdeptać jądra byka. :o Ów zwierzak jest na szczęście tylko motywem mozaiki. Legenda zaś nakazuje, by w celu pozyskania szczęścia okręcić się trzykrotnie obcasami na jądrach byka. Okrucieństwu temu przeciwstawił się tylko piszący te słowa, powołując się na solidarność jąder.

Obrazek
Turysta męczący bycze jądra

Trudno zaś dziwić się tej przaśnej tradycji, skoro okoliczne butiki proponują odzież dość – nazwijmy to oględnie – nieco kontrowersyjną.

Obrazek
Kolorowy koszmar z butiku

Szyby wystawowe butików zwiedzaliśmy także na pobliskiej Via Monte Napoleone. Po zakupie pocztówek udaliśmy się na tramwaj linii 2 (przegubowy cyklop), po drodze podziwialiśmy zaś asymetryczny tramwaj produkcji Fiata. Po krótkiej chwili dojechaliśmy do miejsca, które polecamy każdemu!

Il Principe dei Navigli przy Via G.E. Pestalozzi

Weszliśmy, niestety nie było wolnych miejsc. Właściciel czy menadżer poprosił nas byśmy poczekali 5 minut. Jednocześnie powiedział coś do barmana (bar jest przy samym wejściu) i pokazał dłonią liczbę „5” (ale nie tak, jak robią to chłopcy z Młodzieży Wszechpolskiej). Barman wziął więc 5 kieliszków i napełnił je zimnym prosecco, po czym poprosił nas do baru. Ledwie wypiliśmy, zostaliśmy zaproszeni do stolika. Ledwie usiedliśmy, kelner przyniósł kolejne 5 kieliszków i napełnił je prosecco. Po chwili na środek stołu wjechała duża apetyczna foccacia z prosciutto. I to wszystko oczywiście za darmo, na czas oczekiwania na właściwe zamówienie.

Rozbawiliśmy kelnera wyciągając własne menu – Kubson już w Polsce dał nam link do tej restauracji a Leo wrzucił menu w translatora Google i wydrukował w 5 egzemplarzach. Było z tym sporo zabawy, bo nieudolne narzędzie przetłumaczyło np. kąski dorsza jako kąsającego dorsza.

Jedzonko wspaniałe! Były makarony z krewetkami, był dorsz na karmelizowanej czerwonej cebuli, była pizza – każdy zamówił co innego. Plus winko. A potem pan kelner (mały, może niezbyt urodziwy, ale szalenie sympatyczny) zaproponował kolejny prezent od firmy - likier limoncello i pyszne domowe ciasteczka. My oczywiście odpowiedzieliśmy zamówieniem deseru (tiramisu i panna cotta).

Niezwykła gościnność, serdeczność, otwartość obsługi, domowa urocza atmosfera, jakże inne to miejsce niż wiele polskich knajp, w których ktoś leniwy i bez pomysłu chce zarobić na życie, rzucając ludziom do jedzenia coś starego i paskudnego. Tu liczy się klient. Nie dziwi więc, że lokal jest pełny, bo ludzie chcą tam wracać (Kubson też był tam nie pierwszy raz).

Obrazek
Pyszna foccacia została pochłonięta błyskawicznie

Obrazek
Wspaniały aperol

Obrazek
Smaczny makaronik z krewetkami

Sporo radości sprawił nam też widok pana pizzera – młodego chłopaka, który wyrabiając ciasto na pizzę i nadając odpowiedni kształt pomagał sobie językiem, wysuwając jego końcówkę z ust.

Po opuszczeniu tego uroczego lokalu pojechaliśmy kilka przystanków dalej, aby odwiedzić inny przybytek dobrego jedzenia polecany przez Kubsona. Zanim jednak tam weszliśmy, odbyły się zakupy w sklepie spożywczym (oczywiście ponownie marki Carrefour Express, bo jest ona wszędzie i ma długie godziny otwarcia). Zakupiono pomidory, które na drugi dzień poleciały z nami do Bukaresztu a na trzeci, z braku pomysłu, co z nimi zrobić, zostały zjedzone. Gdy upomniałem się o lody (czyniłem to zresztą często, niemal nieustannie), Kuba wziął nas na drugą stronę ulicy, gdzie miała się znajdować Gelateria (lodziarnia). Nie powiedział tylko, że po drugiej stronie trzeba przejść pół kilometra. :P No i na koniec okazało się, że lodziarnia jest właśnie zamykana.

Po drodze minęliśmy witrynę zakładu optycznego oferującego między innymi okulary dla gejów.

Obrazek
A ty jakie nosisz okulary?

Wróciliśmy do lokalu Woodstock3 – małego bistro z pizzą i innymi daniami, skierowanymi głównie do lokalsów. Pizzę podają tam nie w całości, ale w formie ¼ koła, na dodatek na życzenie dzielą ją na małe kąski "na jeden raz". Tamtejsza pizza jest za to stosunkowo gruba (nie ma prawdę powiedziawszy wiele wspólnego z włoską pizzą, ale też jest pyszna). Zamówiliśmy dwie takie ćwiartki plus piwo.

Obrazek
Pizza na kawałki

No i znowu urocza obsługa w postaci pana kelnera.

Zrobiło się późno, pobieżyliśmy więc na przystanek. Złapaliśmy autobus będący nocnym zametrem i wsiedliśmy do niego, choć pytani pasażerowie mówili, że nie jedzie tam, gdzie chcemy. Dojechaliśmy do dworca Milano Cadorna. Przeszliśmy kawałek pieszo, potem uciekł nam tramwaj, wskoczyliśmy do następnego, stojącego na końcowym przystanku, posiedzieliśmy, po czym wyszliśmy, gdy zorientowaliśmy się, że on stoi tam, gdzie chcieliśmy nim dojechać. Zatem znowu na nogach, potem w tramwaj linii 27 i do hotelu.

Po krótkiej nocy w drogę. Po wymeldowaniu szybkie zdjęcia na pożegnanie.

Obrazek
Admini naszego forum z Maryjką

I znowu poszliśmy na podziemny pociąg TRENORD. Potem przesiadka na metro – tym razem na fioletową linię. I tu ciekawostka. Peron oddzielony jest od torowiska! Pociąg zatrzymuje się zaś tak, że drzwi pokrywają się z automatycznie odsuwanymi drzwiami w przezroczystej ścianie. A dlaczego tak? Bo na tej linii metra pociągi jeżdżą same, bez maszynistów! Torowisko musi więc być dodatkowo zabezpieczone.

Po wyjściu z metra skierowaliśmy się na… cmentarz. Cimitero Monumentale to 200 tys. metrów kwadratowych, na których stoją groby, grobowce i pomniki najbogatszych mieszkańców miasta. Tu każda mogiła jest niepowtarzalnym dziełem sztuki.

Obrazek
Frywolny chłopiec na cmentarzu

Jak widać na powyższym zdjęciu , nawet postać z grobowca miała polewkę z 5 kolesi zwiedzających o ósmej rano cmentarz w strugach deszczu i ciągnących za sobą walizki. Przedni widok!

Obrazek
Inny grobowiec

Obrazek
Wieża Babel?

A z cmentarza tramwajem nr 10 pojechaliśmy na dworzec kolejowy, by wsiąść w pociąg i dojechać w niecałą godzinę na lotnisko Malpensa.
Muszę dodać, że w Mediolanie znaleźliśmy się w sposób początkowo zupełnie nieplanowany. Ryanair odwołał nasz pierwotny lot do Bukaresztu z Bergamo. Miało to jednak dla nas same pozytywne skutki. Po pierwsze, choć krótko, w ogóle byliśmy w Mediolanie. Po drugie, wcześniej przylecieliśmy do Rumunii, dzięki czemu w naszym programie pojawiły się ikarusy (przeczytacie o tym za chwilę). Po trzecie, przewoźnik każdemu z nas przyznał voucher za ten odwołany lot w wysokości 80 euro, dzięki czemu możemy znowu gdzieś polecieć. :D

Na lotnisku widzieliśmy airbusa A380, największy pasażerski samolot świata, wielki gigant, którego silniki mają przekrój tylko trochę mniejszy od kadłuba normalnego samolotu, pojawił się Boeing Dreamliner, był airbus A330 z Air China w uroczym malowaniu rodem z Łowicza.

Obrazek
Samoloty szerokokadłubowe: A330 linii Alitalia i B767 linii Neos

Przed kontrolą bezpieczeństwa z bólem serca wyrzuciliśmy 2,5 litra wina po 1,5 euro za litr. Nie zdążyliśmy wypić a do samolotu nie można wnieść. Załadowaliśmy się w samolot do Bukaresztu.

Obrazek
Lot do Rumunii

Gdy samolot zaczął obniżanie, zaczęły się poważne problemy zdrowotne starszego pana siedzącego z tyłu. Prawdopodobnie miał udar lub napad padaczki. Zbiegła się cała załoga, na szczęście też jedna z pasażerek okazała się lekarką. Pojawiły się też komunikaty, by po wylądowaniu pozostać na miejscach i umożliwić wejście do samolotu służbom medycznym.

Samolot, po dotknięciu pasa startowego, z bardzo dużą prędkością zjechał na drogę kołowania prowadzącą pod terminal (ruch na lotnisku był wstrzymany), gdzie oczekiwała karetka pogotowia. Ratownicy weszli do samolotu od tyłu, a pasażerom pozwolono opuszczać pojazd przednimi schodami. Byliśmy pod wrażeniem profesjonalnego zachowania się załogi jak i właściwej reakcji pasażerów, którzy w pełni podporządkowali się komunikatom.

Obrazek
Karetka na lotnisku

Na lotnisku uzmysłowiliśmy sobie jak dobrze być nie tylko członkiem Unii Europejskiej, ale i strefy Schengen. Rumunia należy do UE, ale nie do Schengen - musieliśmy więc odstać swoje do kontroli dowodów. Owszem, kolejka nie była tak długa, jak ta do kontroli paszportów osób spoza UE, ale mimo wszystko było to uciążliwe.

Potem dowiedzieliśmy się, że Kubson z Romannem przygotowali nam niespodziankę. Wynajęli samochód (miał być mały opel corsa, ale pan z wypożyczalni zlitował się widząc 5 słusznych rozmiarów facetów i w tej samej cenie dał większą dacię logan).

Ruszyliśmy. Zamiast jechać z lotniska w stronę Bukaresztu, Romann wiózł nas w przeciwnym kierunku. Za oknem zadupie coraz większe a my wciąż nie wiedzieliśmy, dokąd jedziemy. W końcu zjechaliśmy z głównej drogi na jakąś boczną dróżkę a chłopcy zaczęli przywoływać obrazy z serii filmów „Hostel” i mówić coś o sprzedaży narządów. Zaczęło być strasznie. Na szczęście krótko, bo po chwili naszym oczom ukazała się pętla autobusowa a na niej…

Obrazek
IKARUS!
:rotfl2: :rotfl2: :rotfl2:

Okazało się, że to Ploeszti (rum. Ploiești), spore miasto z największą w Rumunii rafinerią ropy naftowej. Do niedawna jeździły tam liniowo ikarusy (krótkie i przegubowe). Obecnie, w związku z likwidacją linii tramwajowej nr 104, przegubowe ikarusy jeżdżą jako permanentne zatramwaje. Ich wiek to ok. 40 lat, są już bardzo słabe, ale robią ogromne wrażenie.

Obrazek
Przegub ikarusa nakryty

Kubson zaczął robić zdjęcia, po czym zawołał go kierowca fotografowanego autobusu. Niestety, pan kierowca nie znał angielskiego (ani nawet polskiego!), więc trudno było się dogadać, ale zaprosił nas do wnętrza. Na pytanie o bilety, kazał po prostu wsiadać do środka. Nawiasem mówiąc podczas ok. 20 minut jazdy w obie strony nie widzieliśmy nikogo kasującego bilety. Może mają darmową komunikację po 18? :o

Obrazek
Walp w sekcji B ikarusa

Pojechaliśmy na koniec trasy (10 minut, ok. 10 km), chwilę postaliśmy na pętli, po czym wróciliśmy na pętlę, przy której czekał nasz wypożyczony samochód. Choć okolica wydawała się dość biedna, samochody stojące pod blokami (w sensie wieku i marek) wyglądały identycznie jak w Polsce – żadnych różnic. Do tematu wrócę później.

Obrazek
Trilexy, najcenniejsza część ikarusa

Ofiarą serii wspaniałych zdjęć ikarusów stał się oczywiście i dość tradycyjnie but Kubsona.

Obrazek
Obłocony but

W końcu zrobiliśmy się głodni. Pojechaliśmy więc samochodem trasą znaną z autobusu. Znaleźliśmy małą restaurację. W środku tylko jeden stolik był zajęty, ale zapach unosił się przyjemny. Weszliśmy więc do środka.

Obrazek
Rumuńska knajpa

Na powyższym zdjęciu są nasze dania. U góry z lewej – danie Kubsona (najlepsze z wszystkich, rodzaj gulaszu z wołowiną), z prawej – moje danie (mamałyga, bardzo smaczny bigos, identyczny jak w Polsce, plus niestety małe gołąbki z niedobrym mięsem – żeby zjeść dwa z czterech, musiałem je zjadać z leżącą obok papryczką chili).

Na dole, po lewej – danie małżeństwa Leonków (oczywiście, mieli dwie porcje :P było to coś jak kotlet de volaille, mięso z dodatkami smażone w panierce na głębokim tłuszczu). A po prawej – danie Romanna (wymyśliliśmy, że nic nam nie mówiąca rumuńska nazwa oznacza „resztki z całego tygodnia wrzucone do garnka”; ani nie wyglądało dobrze, ani smaczne nie było, zwłaszcza że zawierało, poza mamałygą, mięso, którego nikt z siedzących przy stole nie potrafił zidentyfikować).

Trzem osobom udało się zamówić ostatnie butelki Heinekena - jedynego znanego nam w naszej części świata piwa. Reszcie zostało zadowolenie się rumuńskim produktem, piwem Ciuc, które jest reklamowane wszędzie. W smaku jak rozcieńczony Heineken.

Po posiłku postanowiliśmy pojechać do Kauflandu na zakupy. Już teraz zdradzę, że Rumunia jest droga. Choć leje mają kurs prawie jeden do jeden jak złotówka (1 RON = ok. 0,9 PLN), to ceny są tam ewidentnie wyższe. Z mojej wypłaty na waciki by już nie wystarczyło.

Kabanosy, jogurciki, serki, piwko, woda, tiramisu i do kasy. 4 osoby zapłaciły i przeszły, ja stanąłem na bramkach, bo zaczęły piszczeć. Czyli ukradłem. :P Polak w sklepie. Wracam przed bramkę, znowu przechodzę, ale piszczy. Wracam, idę, piszczy. Widzę, że idzie w moją stronę ochroniarz, na szczęście nie miał więcej niż 165 cm wzrostu, co przy moim rozmiarze dawało mi pewną przewagę. Na szczęście obyło się bez problemów. Kazano mi zostawić portfel przed bramkami i przejść. Nie zapiszczało. Czyli to pieniądze widocznie zapiszczały – fakt, miałem przy sobie osobliwą mieszankę złotych, lejów i euro.

Wróciliśmy do Otopeni, do naszego hostelu położonego tuż przy lotnisku Bukareszt-Otopeni. Dwa ładne pokoiki, sympatyczne miejsce. Posiedzieliśmy przy piwku i wymianie wrażeń. I spać, bo sobota szykowała się jako dzień zwiedzania socjalistycznego molocha.

Trzeci dzień przywitał nas przepiękną pogodą (choć temperatura to ok. 0 stopni). Na tle cudownie błękitnego nieba w oczy rzuciło nam się coś charakterystycznego chyba dla całej Rumunii, także Bukaresztu.

Obrazek
Wiszące kable

Kable wiszą wszędzie i to w hurtowych ilościach.

Poszliśmy na przystanek autobusowy, wsiedliśmy do środka, ale okazało się że wewnątrz pojazdu (ani w kasowniku, ani u kierowcy) nie można kupić biletu. Jechaliśmy więc na gapę, ale nieustannie wypatrywaliśmy na kolejnych przystankach kiosku lub automatu z biletami. W ten sposób dojechaliśmy do Bukaresztu, do małego centrum przesiadkowego. Dopiero tam kupiliśmy bilety i wsiedliśmy do tramwaju.

Zobaczyliśmy rzecz przedziwną. Kierowca autobusu miejskiego (mercedesa) mył przednią szybę. Niby nic takiego, ale on to robił od środka! Miał półtoralitrową butelkę wody i lał obficie wodę od środka na szybę po czym ściągaczką usuwał jej nadmiar z szyby. Przedziwne! Gdzie ta woda się podziewała, skoro nie wylatywała na zewnątrz?

Obrazek
Tramwaj

Najpierw zaliczyliśmy przejażdżkę kilkoma tramwajami (linie: 41, 25, 25) – wszak tramwaj to doskonały środek zwiedzania miasta.

Obrazek
Tramwaj

Dość szybki musieliśmy nauczyć się, jak rozpoznawać przystanki komunikacji miejskiej. Normalnie, chcąc jechać autobusem, trolejbusem czy tramwajem, szukalibyśmy prostokątnego znaku w barwie niebieskiej z rysunkiem danego środka komunikacji. W Bukareszcie to nie działa. Tam trzeba szukać malowanych tabliczek, takich jak na poniższym zdjęciu.

Obrazek
Tabliczka przystankowa

Nie brakuje w Bukareszcie nowoczesnych chodników i dróg rowerowych dość dosłownie integrujących transport.

Obrazek
Droga dla pieszych, drzew i rowerów

W końcu doszliśmy do najbardziej kuriozalnej budowli XX wieku. Gigantyczny Pałac Parlamentu to drugi co do wielkości (po Pentagonie) budynek na świecie.

Obrazek
Komisja prezentuje Pałac Parlamentu

Zaczęliśmy zwiedzać zabytki Bukaresztu

Obrazek
Zabytki

Gdzieniegdzie trafił się w czasie tego zwiedzania pies z kulawą nogą, srający we własne gniazdo.

Obrazek
Pies robi kupę

Ale zasadniczo zwiedzaliśmy.

Obrazek
Ruiny

Bukareszt jest miastem sporych kontrastów. Przede wszystkim wyraźny jest cień epoki komunizmu. Monumentalizm i chęć wybudowania "drugiego Paryża" (rozpoczynająca się przy Pałacu Parlamentu aleja, była budowana na wzór paryskich Pól Elizejskich – jest jednak o metr szersza i sześć metrów dłuższa) w połączeniu z tradycją ciągłego odwoływania się do tradycji antycznego Rzymu (tylko tu, poza Rzymem, można zobaczyć dumnie stojący pomnik wilczycy kapitolińskiej karmiącej Remusa i Romulusa) tworzą przytłaczające wrażenie. Są jednak stare kamienice, częściowo odrestaurowane, częściowo w ruinie. A spomiędzy nich wyrastają nowoczesne biurowce ze szklanymi elewacjami. Poziom życia nie różni się jednak zupełnie od naszego.

Obrazek
Ruiny

Dla miłośników autobusów było niewiele. W komunikacji miejskiej jeżdżą wyłącznie krótkie biały mercedesy. Nie ma przegubów, nie ma też innych marek.

Obrazek
Autobus, typowy mercedes

Tramwaje w Bukareszcie są zazwyczaj brzydkie, na dodatek walają się w nich stare skarpety.

Obrazek
Skarpetki w tramwaju

Można za to spotkać ikarusy, ale w wersji z szelkami, to znaczy trolejbusy. Udało nam się przejechać trolejbusem linii 86. Wchodząc rano do tramwaju wydawało nam się, że poprawnie skasowaliśmy całodniowe bilety (w formie karty elektronicznej). Niestety, weszła kontrola biletu w postaci dwóch starszych pań ubranych w odblaskowe niebieskie kamizelki. Pani powiedziała coś, czego nie rozumieliśmy, po czym wszystkie bilety poprawnie skasowała. Kilka przystanków dalej, do pojazdu znowu weszła kontrola, tym razem w postaci dwóch starszych panów odzianych w identyczne jak panie kamizelki. Wtedy okazało się chyba, że bilety wciąż nie były skasowane, bo znowu robili coś, co przypominało ich kasowanie. A może trzeba je kasować przy każdym wejściu do pojazdu? No ale skąd mieliśmy o tym wiedzieć?

Obrazek
Ikarus z szelkami

Najciekawsze zaś dla delegacji Komisji były skrzyżowania sieci trakcyjnej tramwajowej i trolejbusowej. Dotąd wydało nam się wręcz niemożliwe takie skrzyżowanie. Rozwiązanie jest tymczasem stosunkowo proste. Trolejbus ma nieprzerwaną sieć, która w miejscy krzyżówki od spodu jest zabezpieczona po obu stronach płozami, po których przesuwa się pantograf tramwaju - dla tego ostatniego przejazd przez takie skrzyżowanie wygląda więc jak przejazd przez izolator sekcyjny.

Obrazek
Skrzyżowanie drutów tramwajowych i trolejbusowych

Jechaliśmy też metrem.

Obrazek
Metro Bukareszt – linia zielona M4

Obrazek
Ciuchcia na dworcu w Bukareszcie

Obrazek
Wejście do metra

Obrazek
Pociąg na dworcu w Bukareszcie

Na koniec postanowiliśmy zrobić zrzutkę i zebrać wszystkie pozostałe nam leje, by drobniaków w tej walucie nie przywozić do kraju. A jak wiedzieliśmy, ile wspólnie mamy, zaplanowaliśmy wydatki na wieczór.

Obrazek
Zawsze chodzi o kasę

Obrazek
Dewocjonalia na dworcu

Obrazek
Książka pani Kuby, idolki księdza Oko, zatruwa także tutejsze umysły

Zmęczeni całodniową wycieczką zapragnęliśmy coś zjeść. Zanim przyjemność, udaliśmy się kupić bilety i zapytać o miejsce odjazdu autobusu sympatyczną młodą dziewczynę siedzącą w kiosku z biletami (sporo w Bukareszcie jest takich małych punktów z wszystkimi rodzajami biletów i możliwością uzyskania informacji). Pani wyjaśniła nam co i jak, sprzedała bilety. Na koniec Kubson zapytał w żartach, gdzie jest najlepszy kebab w Bukareszcie - tak się złożyło, że po wykwintnym jedzeniu włoskim mieliśmy ochotę zjeść kebaba, żeby szybko się najeść. No dobra, poprawię się, bo zaraz zadzwoni Kubson z pretensjami, że sam zwróciłem im uwagę na niewłaściwą terminologię a teraz piszę jakieś grzeczne kawałki o jedzeniu. Kebabu bowiem, jak powszechnie wiadomo, się nie je; kebab się opierd**a.

Wróćmy jednak do pani z okienka. Uśmiechając się powiedziała bez chwili zastanowienia: „DRISTOR”! Wyjaśniła też jak mamy tam dojechać (1 przystanek autobusem linii 313) Postanowiliśmy, że pojedziemy. Przyjechał autobus, wsiedliśmy, dość długo jechaliśmy do następnego przystanku, przeszliśmy kilkadziesiąt metrów i...

Jeśli piszę o kebabie, o czym myślicie? Tak szczerze! Pewnie o jakiejś małej blaszanej lub drewnianej budce, może o okienku w pomieszczeniu znajdującym się w ciągu sklepów na ulicy. Zapewne też o specyficznym zapachu czy też "zapachu" kebaba. My też tak myśleliśmy. To, co ukazało się naszym oczom, wprawiło nas w zachwyt i osłupienie.

Budynek wielkością przypominał osiedlowy supersam. W środku zaś kasa i po obu jej stronach dwie lady z otwartymi kuchniami. Po jednej stronie część grillowa, po drugiej – kebabowa. I w tej drugiej – tu największe osłupienie – dwudziestu (tak, dwudziestu!) chłopa robi kebaby! Niezwykły widok! Młodzi kolesie wręcz tłoczyli się przy ladzie, by wyrywać paragony z rąk klientów i błyskawicznie składać kebaby. Tak się stało i z nami. Ledwie oddaliśmy paragon na 5 sztuk a po dosłownie chwili stało przed nami 5 facetów z 5 kebabami i pytali, które dodatki, jakie sosy, zwykły czy może ostry. No i najlepsze, że nie było tam typowego dla „polskiego kebaba” smrodu, tylko ładny zapach. Wszystkie składniki świeże, niektóre zupełnie u nas niespotykane.

Tu ich fanpage na wiodącym portalu społecznościowym - są też filmiki z wnętrza

Na specjalne życzenie Kubsona czterech panów ładnie zapozowało do zdjęcia.

Obrazek
Kebabiarze

Kebab Dristor tak nas zachwycił, że postanowiliśmy podziękować pani z okienka. Wróciliśmy więc autobusem linii 313 jeden przystanek, poszliśmy do marketu na zakupy, po czym delegacja w postaci Kubsona i Romanna poszła do pani z okienka i dała jej od nas bombonierkę plus ślicznie podziękowała. Pani była zaskoczona i bardzo ucieszona.

Wsiedliśmy w autobus linii 783 i udaliśmy się w stronę portu lotniczego Otopeni, obok którego mieliśmy, jak wspomniałem wcześniej, hostel.
Na miejscu, jedząc kupione w markecie tiramisu (ale bardzo przyzwoite w smaku!) i popijając piwo, dokonywaliśmy rozliczeń (byłam księgową!), wypisywaliśmy pocztówki i dzieliliśmy się wrażeniami.

Obrazek
Księgowa Walpurgia i tiramisu z marketu

Obrazek
Ichniejsze piwo

W niedzielę wstaliśmy o 4.30. Szybkie śniadanie, toaleta i w drogę. Zimna noc a my z walizkami szliśmy dookoła pasu startowego w stronę terminalu. Gdy tuż nad nami lądował jakiś samolot a rozgrzane powietrze wywołało turbulencje i dziwne wzory na unoszącej się w powietrzu mgle, zrobiło się jak w bajce.

Obrazek
Widok z samolotu

Po dwóch godzinach lotu znaleźliśmy ponownie w Bergamo. Bagaże oddaliśmy do przechowalni (strasznie drogi luksus po 5 euro za sztukę, ale nie było lepszego wyjścia) a sami pojechaliśmy miejskim autobusem do centrum. Spacer po najniższym poziomie miasta zaczęliśmy od znalezienia najbardziej polecanej w sieci kawiarni.

Obrazek
Kawa w Bergamo i croissanty (m.in. z kremem pistacjowym i „marmeladą”, jak ładnie powtórzyła po polsku pani kelnerka)

Szliśmy w kierunku górnego „starego miasta”.
Obrazek
Papryczki pod starym miastem

Aż doszliśmy do stacji pojazdu zwanego „funicolare” (czyli podobnej do tej, która wywozi turystów na Gubałówkę).

Obrazek
Stacja funicularu

Obrazek
Trasa funicularu

Po kilku minutach i przejechaniu ok. 240 metrów znaleźliśmy się 85 metrów wyżej na wysokości 356 metrów n.p.m.

Górne stare miasto jest pełne zabytkowych budynków, uroczych zaułków, wąskich uliczek, romantycznych arkad, małych knajpek i sklepików.

Obrazek
Nathusiowe jednorożce

Wąską droga pełną turystów doszliśmy do kolejnej stacji kolejki, tym razem przewożącej turystów i mieszkańców z Bergamo do San Vigilio. Tym razem przejechaliśmy 630 metrów i wznieśliśmy się o dalsze 90 metrów na wysokość 459 metrów n.p.m., skąd rozciąga się malowniczy widok na okolice.

Obrazek
Piękne góry w Bergamo

Po zjechaniu na dół tylko jedną kolejką, urządziliśmy sobie spacer uroczą wąską serpentyną w dół, by na samym dole poszukać polecanej przez internet pizzerii.

Obrazek
Czy tylko my mieliśmy dziwne skojarzenia w pizzerii?

Jedzenie znowu było pierwszej klasy, zwłaszcza Leo dobrze trafił na pizzę łączącą smak sera i orzechów...

Obrazek
Ale pizza była pyszna i wyrośnięta

Po drodze przyjrzeliśmy się funkcjonowaniu dworca kolejowo-autobusowego.

Obrazek
Komunikacja miejska w Bergamo

Już po powrocie do Polski dowiedzieliśmy się, że do Bergamo trafiło właśnie 40 nowiutkich elektrycznych solarisów.

Obrazek
Pociąg w Bergamo

Zatłoczonym autobusem dojechaliśmy do lotniska, kontrola i… opóźniony o pół godziny lot do Ostrawy. W Czechach Kubson poszedł szybko na parking po samochód, gdy reszta oczekiwała na bagaże. Podróż do domów minęła szybko na smutnych żalach, że to koniec fantastycznej przygody.

Na koniec jeszcze zdjęcia biletów, które kasowaliśmy (poprosimy o zwrot wydatków na konto!).
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Podsumowanie naszych lotów:
Ostrawa (OSR) – Bergamo (BGY) 773 km
Mediolan Malpensa (MXP) – Bukareszt Otopeni (OTP) – 1 370 km
Bukareszt Otopeni (OTP) – Bergamo (BGY) 1 294 km
Bergamo (BGY) – Ostrawa (OSR) 773 km
Razem: 4 210 km w powietrzu

Wycieczka była cudowna. Krótka (4 dni), ale intensywna. Wrażenia nie do opisania. Włochy to marka sama w sobie i zawsze można być pewnym, że człowiek się nie zawiedzie odwiedzając ten piękny kraj. Rumunia była czymś nowym i cieszymy się, że tak pozytywnie nas zaskoczyła. Że choć mają kiepsko rozwiniętą infrastrukturę drogową (np. irytujący brak pasów włączeniowych na jezdnię czy brak wysepek na przejściach dla pieszych rozdzielających kierunki jazdy), ludzie są przesympatyczni, przyjaźni i mili oraz że w zasadzie bez problemu można dogadać się wszędzie po angielsku.

Polubiliśmy też linię Ryanair, zwłaszcza że trafiły nam się same nowe samoloty (najmłodszy miał 8 miesięcy). Polubiliśmy tym bardziej, że za nieco ponad dwa tygodnie na jej koszt znowu lecimy... :D
Bądźmy pasywni, ale nie bądźmy bierni! (Bartosz Żurawiecki, Nie byłeś na Paradzie? Nie idę z Tobą do łóżka!, "Replika" nr 50, 07/08 2014, s. 11.)

Awatar użytkownika
Czartogromski
gejlord
gejlord
Posty: 17319
Rejestracja: 08.02.2003 17:05:35
Lokalizacja: Kufszynek

Re: Komisja ds. transportu pasażerskiego

Postautor: Czartogromski » 17.02.2018 19:29:21

Jeśli Podkomisja wybierze się kiedyś w podróż dookoła świata, to forumowe serwery mogą tego nie udźwignąć :mrgreen:
Znośność bytu jest nielekka
Czartogromskie Czytanki 2.0
La Dolce Fiamma
Obrazek

Awatar użytkownika
Hebius
jaszczomp
jaszczomp
Posty: 35759
Rejestracja: 04.05.2004 14:26:51
Lokalizacja: Kętrzyn

Re: Komisja ds. transportu pasażerskiego

Postautor: Hebius » 17.02.2018 19:53:24

Przeczytałem.
Ufff :D
    Hej! hej! mołodyciu ty hoża,
    Luli, luli, piękna królewno!
    Przyjdzie hrabia bogaty zza morza, hej!
    Utuli, utuli, na pewno, hej!

Awatar użytkownika
Walpurg
wielki miś Gejowa
wielki miś Gejowa
Posty: 28199
Rejestracja: 23.08.2002 21:31:03
Lokalizacja: Śląsk
Kontakt:

Re: Komisja ds. transportu pasażerskiego

Postautor: Walpurg » 17.02.2018 20:05:12

Ciężko było?
Bądźmy pasywni, ale nie bądźmy bierni! (Bartosz Żurawiecki, Nie byłeś na Paradzie? Nie idę z Tobą do łóżka!, "Replika" nr 50, 07/08 2014, s. 11.)

Awatar użytkownika
tygrysekpitrek
wyjadacz
wyjadacz
Posty: 809
Rejestracja: 04.06.2013 21:30:14
Lokalizacja: Okolice Katowic

Re: Komisja ds. transportu pasażerskiego

Postautor: tygrysekpitrek » 17.02.2018 20:40:45

Czytajac to miałem wrażenie, że nic nie robiliście tylko woziliście dupska, jedliście i piliście :-P

Nie mniej jednak zazdroszcze takiej wycieczki - ja na takie przyjemności bede musial jeszcze długo pracować...

Awatar użytkownika
Walpurg
wielki miś Gejowa
wielki miś Gejowa
Posty: 28199
Rejestracja: 23.08.2002 21:31:03
Lokalizacja: Śląsk
Kontakt:

Re: Komisja ds. transportu pasażerskiego

Postautor: Walpurg » 17.02.2018 20:55:00

Tygrysku, masz rację!
Zatem czas wyciągnąć wnioski i opublikować:

Raport z pierwszego zagranicznego wyjazdu Podkomisji ds. transportu lotniczego - Włochy i Rumunia

- WERSJA SKRÓCONA

Woziliśmy dupska, jedliśmy i piliśmy.
:D
Bądźmy pasywni, ale nie bądźmy bierni! (Bartosz Żurawiecki, Nie byłeś na Paradzie? Nie idę z Tobą do łóżka!, "Replika" nr 50, 07/08 2014, s. 11.)

Awatar użytkownika
Nathi
Księżniczka
Księżniczka
Posty: 29941
Rejestracja: 12.12.2013 19:37:52
Lokalizacja: Zamek króla.

Re: Komisja ds. transportu pasażerskiego

Postautor: Nathi » 17.02.2018 21:58:23

Jak można nie bać się latać? :kreci: jeszcze to polubić!
Jednorożce <3

Pytanko mam, komu mogę zabrać te koraliki :D
Obrazek ✿ ✿ ✿ Natalka je bent mooi ✿ ✿ ✿

Awatar użytkownika
Walpurg
wielki miś Gejowa
wielki miś Gejowa
Posty: 28199
Rejestracja: 23.08.2002 21:31:03
Lokalizacja: Śląsk
Kontakt:

Re: Komisja ds. transportu pasażerskiego

Postautor: Walpurg » 17.02.2018 22:00:56

Uuuuuuu, koraliki, to wysoko musisz uderzyć.
Bądźmy pasywni, ale nie bądźmy bierni! (Bartosz Żurawiecki, Nie byłeś na Paradzie? Nie idę z Tobą do łóżka!, "Replika" nr 50, 07/08 2014, s. 11.)

Awatar użytkownika
Nathi
Księżniczka
Księżniczka
Posty: 29941
Rejestracja: 12.12.2013 19:37:52
Lokalizacja: Zamek króla.

Re: Komisja ds. transportu pasażerskiego

Postautor: Nathi » 17.02.2018 22:02:07

Na bank Kubsonowi.
Obrazek ✿ ✿ ✿ Natalka je bent mooi ✿ ✿ ✿

Awatar użytkownika
Avril
gejlord
gejlord
Posty: 7060
Rejestracja: 06.07.2015 11:48:06
Lokalizacja: ; )

Re: Komisja ds. transportu pasażerskiego

Postautor: Avril » 17.02.2018 22:06:56

Dostałbym zawalu gdybym miał tak brudnego buta :P

Awatar użytkownika
Leo
gejlord
gejlord
Posty: 8424
Rejestracja: 12.11.2012 22:50:32
Lokalizacja: Tychy

Re: Komisja ds. transportu pasażerskiego

Postautor: Leo » 17.02.2018 22:53:49

Nie miało to znaczenia, gdy obok stał Ikarus. :) Coś chciałem, dodać, ale już umknęło mi.
Nie sugerujecie się zdjęciami z Rumunii za bardzo, bo Bukareszt wygląda lepiej, niż się może wydawać po wstawionych zdjęciach. ;)

No cóż, czas wykorzystać voucher 80E i za... 18(!) dni polecieć znowu.

Tygrys, nie było aż tak drogo. Dużo wożenia, ale za to ile człowiek zobaczył przez te 4 dni...

Awatar użytkownika
wostok
starszy forumowy
starszy forumowy
Posty: 355
Rejestracja: 01.07.2017 01:59:43
Lokalizacja: skomplikowane

Re: Komisja ds. transportu pasażerskiego

Postautor: wostok » 18.02.2018 00:16:27

oo i moje ulubione drzewo jest :P tutaj widok z drugiej strony ;)
Obrazek

Bukareszt :buja: kocham, chociaż u mnie to nie była miłość od pierwszego wejrzenia. Pierwszy raz w życiu byłem w mieście, do którego nie chciałem wrócić, tak mi się nie podobało. Ale jednak wróciłem i to na kilka miesięcy i znam Bukareszt teraz lepiej niż np. Kraków w którym przez lata mieszkałem :)
W Bukareszcie mieszkałem na ulicy znanej w całym mieście z... prostytutek :x Mój rekord - pójście do sklepu po piwo = 3 propozycje seksu... Ajj wspomnienia odżyły, muszę się znowu tam wybrać :aniol:


Wróć do „2.7. Motoryzacja”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość