Przemyślenia antykapitalistyczne i alterglobalistyczne.

Komentujemy bieżące wydarzenia z kraju i ze świata.
Awatar użytkownika
palsecam
Zbanowany
Zbanowany
Posty: 5634
Rejestracja: 25.11.2012 22:32:50
Lokalizacja: ...

Postautor: palsecam » 13.10.2014 22:09:06

O ile można wypatrywać przyszłej alternatywy dla kapitalizmu i dominacji USA w państwach latynoamerykańskich (choć ostatnio sam mam co do tego wątpliwości widząc skutki kontynuowania rewolucji Hugo Chaveza przez Nicolasa Maduro), to jednak ostatnim miejscem na planecie, w którym szukałbym alternatyw jest Bliski Wschód, przedostatnia jest Rosja.

Popieram Palpa, gdyż dzięki dominacji USA w zachodniej i północnej części Europy mogła w ogóle powstać skandynawska socjaldemokracja, a gospodarki RFN, Francji, Włoch itd. mogły rozkwitnąć zapewniając obywatelom bardzo wysoki standard życia. Oczywiście sytuacja zmienia się w miarę tego, im dalej znajdujemy się od rozpadu ZSRR i panującej tam ideologii, która zagrażała Zachodowi, w związku z czym konieczne było utrzymywanie wysokiego poziomu zabezpieczeń socjalnych, związków zawodowych, względnie małego rozwarstwienia społecznego itd, a to po to, żeby ludzie zwyczajnie nie nawiali na drugą stronę muru i nie tworzyli z własnej inicjatywy piątych kolumn. I to wtedy przecież miał miejsce powojenny cud gospodarczy, któremu jak widać powyższe udogodnienia śmiertelnie nie zagrażały. Dziś nie jest to potrzebne, bo jednak nadal mimo wszystko pod skrzydłami USA najlepiej, więc na Zachodzie, w tym na jego wschodnich rubieżach dokręca się coraz bardziej śrubę zwykłemu człowiekowi, zwłaszcza w krajach, w których kapitalizm został uproszczony i schamiony.

Do czego to może prowadzić w perspektywie kilkunastu lat, pisać chyba nie muszę.
Ostatnio zmieniony 13.10.2014 22:13:37 przez palsecam, łącznie zmieniany 2 razy.

Awatar użytkownika
Yoda
gwiazda północy
gwiazda północy
Posty: 4439
Rejestracja: 28.11.2010 22:44:36
Lokalizacja: Gdynia

Postautor: Yoda » 13.10.2014 22:11:58

Sprostowanie - początki skandynawskiej socjaldemokracji sięgają lat 20-tych XX wieku, gdy o dominacji USA nie było jeszcze mowy.

Awatar użytkownika
palsecam
Zbanowany
Zbanowany
Posty: 5634
Rejestracja: 25.11.2012 22:32:50
Lokalizacja: ...

Postautor: palsecam » 13.10.2014 22:12:53

A czy w Szwedzkiej Socjalistycznej Republice Radzieckiej ta socjaldemokracja mogłaby się rozwinąć do takiej postaci, jaką obserwujemy teraz?

Awatar użytkownika
Yoda
gwiazda północy
gwiazda północy
Posty: 4439
Rejestracja: 28.11.2010 22:44:36
Lokalizacja: Gdynia

Postautor: Yoda » 13.10.2014 22:34:14

Oj, wiadomo, że nie. Ale Szwecja była neutralna podczas II WŚ, że tak przypomnę ;)

Awatar użytkownika
Robespierre
Araneus Rex
Araneus Rex
Posty: 5626
Rejestracja: 11.04.2012 03:55:09
Lokalizacja: Z bezludnej wyspy.

Postautor: Robespierre » 25.10.2014 19:39:51

okwip1 pisze:A czy w Szwedzkiej Socjalistycznej Republice Radzieckiej ta socjaldemokracja mogłaby się rozwinąć do takiej postaci, jaką obserwujemy teraz?


Nie wiadomo.
Gdy rozpadał się blok wschodni w ZSRR nie planowano wcale błyskawicznego skoku na główkę w erę putinowskiej oligarchii. Rozważano drogę socjaldemokratyczną, rozważano pomysły na gospodarkę hybrydową etc. Anglosaski neokolonializm rozsądził inaczej. Początki systemu kapitalistycznego nie są wcale mniej krwawe niż początki komunizmu. Po prostu kapitalizm istnieje dostatecznie długo, by jego powstanie wydawało nam się rewolucją zinternalizowaną, a miliony ofiar poniesionych w czasie budowy supremacji - oczywistością.

Yoda pisze:nasza zduszona tożsamość słowiańska jest bardziej wspólnotowa.

Nasza tożsamość słowiańska jest tożsamością plemienną, i jak każda taka tożsamość grzeszy szowinizmem i rozbuchanym antyindywidualizmem. Ja rozumiem, że indywidualizm we współczesnej kulturze jest przereklamowany, ale nie tędy droga. Nie tego szukali klasycy polskiej myśli socjalistycznej i nie tego szukał sam Marks. Nie roztopienia jednostki, tylko jej twórczego wyzwolenia. Dla mnie prawdziwy socjalizm to może być jedynie budowany na odpowiedzialności za innych balans między wartością wspólnoty, a jednostką. Synteza raczej, niż antyteza :)

Jest oczywiście wiele plusów kultur ludowych - choćby przejawiające się czasem ambiwalentne podejście do kwestii ról społecznych, ale z plemiennością bym uważał. Podobnie jak oczywiście olbrzymiej ostrożności i delikatności wymagałyby wszelkie próby inspirowania się myślą azjatycką. Miałem przyjemność dyskutować sobie trochę w temacie filozofii politycznej z jednym ze swoich wykładowców na ISP UJ, który konsekwentnie utrzymuje, że barbarzyńska postać bolszewizmu to w dużej mierze właśnie efekt nieudanej próby mieszania europejskiej filozofii z jak najbardziej azjatyckim komponentem kulturowym.

Palpatine pisze:Nawet założeń religii nie potrafimy odtworzyć, a co dopiero takie subtelności jak stosunki społeczne...

Nie potrafimy? Podstawowym założeniem rdzennych religii słowiańskich był najprawdopodobniej dualizm i współtworzenie świata przez dwóch rywalizujących demiurgów, zamiast przez jednego. Już masz odtworzone :P

Bardzo mnie zasmuca Palpatine Twoja opinia o antyimperializmie lewicy. Stereotypowa i niesprawiedliwa. Antyimperializm to rodzaj idealizmu, który nie pozwala zapomnieć o tym, że wcale w najlepszym z możliwych światów nie żyjemy, ani przymknąć oczu na niesprawiedliwość. A tej niesprawiedliwości wynikającej z polityki imperialnej jest sporo - od wojen w imię "eksportowania demokracji", łamania praw człowieka, przez eksploatację neokolonialną i narzucanie innym szkodliwej ideologii, po masową inwigilację i traktowanie uwłaczające innym społeczeństwom (vide Stare Kiejkuty).

Absolutnie nie podzielam poglądu, że świat kreowany przez Amerykanów, jest w jakikolwiek sposób 'lepszy'.

okwip1 pisze:w którym szukałbym alternatyw

Odpowiedź na trochę źle zadane pytanie.

Każde miejsce, w którym rozszczelnia się jakoś systemowa hegemonia ustroju kapitalistycznego, może być źródłem interesujących przemian i jest warte obserwacji. Ja np. do listy dopisałbym też współczesną Grecję, z jej błyskawicznym rozwojem alternatywnych form organizowania ludzkiej aktywności.

Przy okazji wrzucam nowy tekst, coś na temat porządków, jakie usiłują na świecie zaprowadzić USA:

Matt O'Brien: Poor kids who do everything right don’t do better than rich kids who do everything wrong

Obrazek

America is the land of opportunity, just for some more than others.

That's because, in large part, inequality starts in the crib. Rich parents can afford to spend more time and money on their kids, and that gap has only grown the past few decades. Indeed, economists Greg Duncan and Richard Murnane calculate that, between 1972 and 2006, high-income parents increased their spending on "enrichment activities" for their children by 151 percent in inflation-adjusted terms, compared to 57 percent for low-income parents.

But, of course, it's not just a matter of dollars and cents. It's also a matter of letters and words. Affluent parents talk to their kids three more hours a week on average than poor parents, which is critical during a child's formative early years. That's why, as Stanford professor Sean Reardon explains, "rich students are increasingly entering kindergarten much better prepared to succeed in school than middle-class students," and they're staying that way.

It's an educational arms race that's leaving many kids far, far behind.

It's depressing, but not nearly so much as this:

Even poor kids who do everything right don't do much better than rich kids who do everything wrong. Advantages and disadvantages, in other words, tend to perpetuate themselves. You can see that in the above chart, based on a new paper from Richard Reeves and Isabel Sawhill, presented at the Federal Reserve Bank of Boston's annual conference, which is underway.

Specifically, rich high school dropouts remain in the top about as much as poor college grads stay stuck in the bottom — 14 versus 16 percent, respectively. Not only that, but these low-income strivers are just as likely to end up in the bottom as these wealthy ne'er-do-wells. Some meritocracy.

What's going on? Well, it's all about glass floors and glass ceilings. Rich kids who can go work for the family business — and, in Canada at least, 70 percent of the sons of the top 1 percent do just that — or inherit the family estate don't need a high school diploma to get ahead. It's an extreme example of what economists call "opportunity hoarding." That includes everything from legacy college admissions to unpaid internships that let affluent parents rig the game a little more in their children's favor.

But even if they didn't, low-income kids would still have a hard time getting ahead. That's, in part, because they're targets for diploma mills that load them up with debt, but not a lot of prospects. And even if they do get a good degree, at least when it comes to black families, they're more likely to still live in impoverished neighborhoods that keep them disconnected from opportunities.

It's not quite a heads-I-win, tails-you-lose game where rich kids get better educations, yet still get ahead even if they don't—but it's close enough. And if it keeps up, the American Dream will be just that.
Maximilien de Robespierre pisze:Ukarać oprawców ludzkości jest łaską, wybaczyć im byłoby okrucieństwem

Awatar użytkownika
Stawrogin
jutrzenka
jutrzenka
Posty: 3769
Rejestracja: 10.12.2007 11:40:25
Lokalizacja: Cheshire

Postautor: Stawrogin » 26.10.2014 09:49:54

Nie potrafimy? Podstawowym założeniem rdzennych religii słowiańskich był najprawdopodobniej dualizm i współtworzenie świata przez dwóch rywalizujących demiurgów, zamiast przez jednego. Już masz odtworzone Język
to jakieś marzenie krypto-gnostyków :P

do listy dopisałbym też współczesną Grecję, z jej błyskawicznym rozwojem alternatywnych form organizowania ludzkiej aktywności.
jeśli tą alternatywą ma być społeczna partyzantka odklejająca się od oficjalnej rzeczywistości; rozwijająca się obok takich problemów jak dziedziczne stanowiska polityczne, hegemonia kościoła oraz marginalizowanie w międzynarodowych strukturach polityczno-gospodarczych

co do antyimperializmu, generalnie zgoda ale czy to nie na tym fundamencie powstają mrzonki od zrzucania stonki na prl zaczynając? broń równie skuteczna co niebezpieczna
malkontent i socjopatyczny cynik
Oczywiście, nie upieram się, że jako feministka jestem ideałem. Pewnie cechuje mnie zbyt duży dystans, by wykazać się autentycznością...

ಠ_ಠ

Awatar użytkownika
Yoda
gwiazda północy
gwiazda północy
Posty: 4439
Rejestracja: 28.11.2010 22:44:36
Lokalizacja: Gdynia

Postautor: Yoda » 26.10.2014 11:25:29

Robespierre pisze:Dla mnie prawdziwy socjalizm to może być jedynie budowany na odpowiedzialności za innych balans między wartością wspólnoty, a jednostką. Synteza raczej, niż antyteza :)


Dorzuć do tego odpowiedzialność za państwo jako takie. W ogóle problem z indywidualizmem jest szerszy - społeczeństwa zbyt nim przesiąknięte w krajach peryferyjnych stają się mało odporne na negatywne skutki globalizacji, na zagraniczne wpływy mające na celu utrwalić peryferyjność tych państw.

Jest oczywiście wiele plusów kultur ludowych - choćby przejawiające się czasem ambiwalentne podejście do kwestii ról społecznych, ale z plemiennością bym uważał.


Plemienność jest nienowoczesna i nie pasuje zbytnio do dzisiejszego świata. Tak więc tutaj zgoda. Aczkolwiek nie przekreśla to sensu odwoływania się do rodzimej kultury ludowej.

Podobnie jak oczywiście olbrzymiej ostrożności i delikatności wymagałyby wszelkie próby inspirowania się myślą azjatycką. Miałem przyjemność dyskutować sobie trochę w temacie filozofii politycznej z jednym ze swoich wykładowców na ISP UJ, który konsekwentnie utrzymuje, że barbarzyńska postać bolszewizmu to w dużej mierze właśnie efekt nieudanej próby mieszania europejskiej filozofii z jak najbardziej azjatyckim komponentem kulturowym.


Mam podobne zdanie jak ten profesor. W końcu marksizm-leninizm (w przeciwieństwie do czystego marksizmu) był właśnie przeniesieniem europejskiego dorobku filozoficznego na grunt wschodni. Z drugiej strony azjatycki komponent kulturowy jest odpowiedzialny nie tylko za bolszewizm, ale także za znacznie bardziej udane projekty (Korea Płd, Japonia).
Ten kontynent jest swoją drogą bardzo niejednoznaczny. W przeciwieństwie do Europy, gdzie cywilizacja grecka i rzymska odcisnęły piętno na całym obszarze, nie można tego samego powiedzieć o Azji. Tam w zasadzie przenikają się wpływy kilku cywilizacji - islamskiej, "ruskiego miru", buddyjskiej, no i oryginalnego Dalekiego Wschodu z ich systemami filozoficznymi.

A co do artykułu - nic nowego. Chociaż szokować może, że proces ograniczania mobilności poszczególnych warstw społecznych zaszedł aż tak daleko. I tutaj należałoby w kontekście Azji postawić pytanie - gdzie obecnie ma się większe szanse na zmianę swojego miejsca w społeczeństwie przy pomocy talentu i pracy? Odpowiedź może nie być wcale taka oczywista.

Awatar użytkownika
Robespierre
Araneus Rex
Araneus Rex
Posty: 5626
Rejestracja: 11.04.2012 03:55:09
Lokalizacja: Z bezludnej wyspy.

Postautor: Robespierre » 26.10.2014 21:12:28

A to akurat nie w Azji. Jeśli o świat idzie, to raczej w Europie - w Szwecji. Tam mobilność społeczna jest najwyższa, i to kim jesteś w życiu w największym stopniu jest pochodną pracy Twoich rąk, a nie urodzenia.

Mojemu wykładowcy chodziło raczej o wpływ jaki na Azję odcisnęła władza Mongołów. Do pewnego stopnia można uogólnić - dla każdej z kultur azjatyckich europejskie pojęcie indywidualizm i wolności jednostki były pierwotnie obce i niezrozumiałe.

Yoda pisze:Dorzuć do tego odpowiedzialność za państwo jako takie.

Generalnie nie jestem anarchistą, ale... Nie uważam, że państwo musi tu być absolutnie pierwszoplanowe, czy też że stanowić jedyną formułę organizacji. Wspólnota to też np. wspólnota pracownicza, czy mała lokalna, demokratyczna społeczność. Stąd i mój pozytywny stosunek do greckiej alternatywy.

Co to jest oficjalna rzeczywistość? I co jest bardziej rzeczywiste Orso? Tytuły prawne, czy praktyka ludzkich działań?

orso4 pisze:ale czy to nie na tym fundamencie powstają mrzonki od zrzucania stonki na prl zaczynając?

Myślę - zresztą pisałem już nie raz na Forum - że to się akurat wzięło z odrzucenia demokracji. Z likwidacji sowietów. Wszystko - łącznie ze stonką właśnie.

orso4 pisze: to jakieś marzenie krypto-gnostyków :P

No nie wiem... Ja się spotkałem z tą tezą w co najmniej kilku pozycjach literaturowych :)
Maximilien de Robespierre pisze:Ukarać oprawców ludzkości jest łaską, wybaczyć im byłoby okrucieństwem

Awatar użytkownika
palsecam
Zbanowany
Zbanowany
Posty: 5634
Rejestracja: 25.11.2012 22:32:50
Lokalizacja: ...

Postautor: palsecam » 29.10.2014 18:05:41

Robespierre pisze: Nie wiadomo.
Gdy rozpadał się blok wschodni w ZSRR nie planowano wcale błyskawicznego skoku na główkę w erę putinowskiej oligarchii. Rozważano drogę socjaldemokratyczną, rozważano pomysły na gospodarkę hybrydową etc. Anglosaski neokolonializm rozsądził inaczej. Początki systemu kapitalistycznego nie są wcale mniej krwawe niż początki komunizmu. Po prostu kapitalizm istnieje dostatecznie długo, by jego powstanie wydawało nam się rewolucją zinternalizowaną, a miliony ofiar poniesionych w czasie budowy supremacji - oczywistością.

Nie, to nie anglosaski neokolonializm. Był za cienki na Rosję.
Socjaldemokratyczne ambicje Gorbaczowa i współtwórców pieriestrojki wywaliły się na cyce przez kolejną nieudaną próbę mieszania europejskiej myśli i filozofii z "azjatyckim komponentem kulturowym". Dobrze, że tym razem nie skończyło się to milionami ofiar.

Zauważ, że najwyższy poziom życia z krajów b. ZSRR mają te, które należą do europejskiego kręgu kulturowego i pewnie miałyby wyższy, gdyby nie ten "anglosaski neokolonializm", a raczej kapitalistyczny przeszczep w uproszczonej i schamionej formie, jeżeli przyjąć, że tam to wygląda tak samo, jak w Polsce. Choć gdyby pozostały przy centralnym planowaniu i/lub w WNP, wyglądałoby to wszystko pewnie jeszcze gorzej. Tak, czy inaczej, dupa z tyłu.

Awatar użytkownika
Robespierre
Araneus Rex
Araneus Rex
Posty: 5626
Rejestracja: 11.04.2012 03:55:09
Lokalizacja: Z bezludnej wyspy.

Postautor: Robespierre » 30.10.2014 07:41:03

Wrzucam trochę nowy temat:

Deborah Orr: Immigration is vital to neoliberalism – but no politician will admit it

Michael Fallon and his fellow Tories know it, as do Labour, Ukip too. But they won’t tell the ‘ordinary people’ they’re fighting over

The defence secretary, Michael Fallon, is under siege. He is being swamped with criticism. He has used the language of plague and war to describe how the residents of British towns feel about immigrants, even though this is broadly considered to be an unhelpful and cheap, populist way of discussing profound demographic change in the UK. Downing Street has been quick to disassociate itself from such intemperate language. Ukip, universally viewed as the political force that is persuading Conservatives to ramp up their anti-immigration hyperbole, has been quick to point out that their political opponents would be very annoyed if their own campaigners started using words like “swamped” and “siege”.

Yet, such language attracts votes. It must be annoying, seeing your power base slip away, simply because your bosses don’t want you articulating how you reckon your constituents feel. Fallon, no doubt, is annoyed. Why shouldn’t he be allowed to express thoughts that chime with those of potential voters? Well, first, such words are divisive. And, second, they are hypocritical.

Politicians have had decades to explain that high levels of immigration are part and parcel of neoliberalism, because they offer speedy, few-questions-asked economic growth. For some reason, however, both Labour and the Conservatives have shied away from explaining to “ordinary people” that immigrants provide a steady supply of labour, stopping “ordinary” wages and expectations from getting out of hand. It’s a strategy that has placed Britain in the extraordinary position whereby it now has a record number of people in low-paid jobs amid historically low levels of wage inflation. That’s a hard “achievement” for any political party to sell. So they simply don’t try. Labour and the Conservatives just carry on blaming each other, while at the same time quietly getting on with the real business of nicking each other’s policies.

Ukip, however, has been happy to step into the empty space the mainstream has created, merrily stirring up resentment by linking low wages and immigration, as if this is the personal fault of immigrants, rather than an inevitable aspect of globalisation. Of course, Ukip would come unstuck if they achieved power and revealed themselves as every bit as neoliberal as all the others. But that’s not something Ukip needs to worry about too much yet. Their power to set the agenda comes without responsibility. That’s what makes them so dangerous.

Maximilien de Robespierre pisze:Ukarać oprawców ludzkości jest łaską, wybaczyć im byłoby okrucieństwem

Awatar użytkownika
vanilla_riba_boi
gejlord
gejlord
Posty: 7406
Rejestracja: 23.02.2010 02:38:11
Lokalizacja: Pawilon Emilia

Postautor: vanilla_riba_boi » 09.11.2014 22:33:10

Pająk pisze: Jeśli o świat idzie, to raczej w Europie - w Szwecji. Tam mobilność społeczna jest najwyższa, i to kim jesteś w życiu w największym stopniu jest pochodną pracy Twoich rąk, a nie urodzenia.

W Danii.

Awatar użytkownika
Yoda
gwiazda północy
gwiazda północy
Posty: 4439
Rejestracja: 28.11.2010 22:44:36
Lokalizacja: Gdynia

Postautor: Yoda » 02.01.2015 21:14:52

Na ciekawym portalu strajk.eu:

http://strajk.eu/index.php?article=502

LESZEK B. – 25 LAT KAPITALISTYCZNEGO TERRORU

Leszkowi B. nie wypada życzyć celi. Byłoby to dlań dalece zbyt humanitarne.

Polska debata publiczna reprezentuje poziom rynsztoku zasadniczo z jednego powodu. Mianowicie, wypowiedzenie w jej wąskich ramach jakiegokolwiek socjaldemokratycznego czy humanistycznego ABC traktowane jest jako aberracja, a zgłaszanie neoliberalnych czy neokonserwatywnych bredni jako postulat – niekiedy kontrowersyjny, ale zawsze godny poważnej rozwagi. Do tego dochodzi, rządząca świadomością polskich dziennikarzy i komentatorów, prowincjonalna kultura obligatoryjnej adoracji ustanowionego (nawet samozwańczo) autorytetu. A w bestialskich okolicznościach transformacji i posttransformacji ten ostatni najłatwiej uzyskać będąc skutecznym krzywdzicielem i katem.

Przykład tego typu celebryty najlepiej (jak dotychczas) spersonifikował Leszek B. Ongiś członek PZPR i organów doradczych peerelowskich władz, prominentny pracownik naukowy w Instytucie Podstawowych Problemów Marksizmu-Leninizmu przy KC PZPR, późniejszy minister finansów i autor pewnego planu nazwanego jego nazwiskiem.

Niesłusznie. Nie był to bowiem plan B*********a tylko Sorosa i jego akolitów. Jeden z trzech, dodajmy. Wszystkie skrojone były na okoliczność restauracji kapitalizmu w Polsce, ale dwa pierwsze zachowywały okresy przejściowe i mniej lub bardziej łagodne fale nawrotu wolnego rynku. Leszek B. zdecydował się na wariant trzeci, czyli tzw. terapię szokową. Już wówczas, w 1989 roku, objawiły się jego sadystyczne skłonności. Nikt jednak nie reagował. Wszyscy trwali w uniesieniu spłodzonym z etosu „walki z komuną” i pragnieniu „by było tak jak na Zachodzie”, a międzynarodowe możnowładztwo zacierało ręce.

Na efekty nie trzeba było czekać długo. Ogrom nędzy i cierpienia uderzyły w polskie społeczeństwo niczym fala tsunami. Nim ktokolwiek się połapał, Leszek B. i jego kompani pozamiatali. Nowa rzeczywistość chwyciła ludzi tak mocno za gardło, że wyzwania z politycznych spadły do poziomu surwiwalowego – jak przeżyć następny tydzień – a refleksja dotycząca jakości dnia codziennego w mig utonęła w szambie wszechogarniającej cywilizacyjnej katastrofy.

Ileż to już razy rzeczywistość skompromitowała apologetów polskiej transformacji? Czy potrzebne są dane z początku tego wielkiego projektu? Proszę bardzo – dość powiedzieć, ze w latach 1990-95 likwidowano średnio 1500 miejsc pracy dziennie (z uwzględnieniem dni wolnych od pracy). A może jakieś zjawiska bardziej przemawiające do świadomości? Wskaźnik samobójstw wzrósł od 1990 roku o – bagatela – 100 proc. A jakiś zbiór wspólny dla rynku pracy i społecznej dysfunkcji? 97 proc. niepełnosprawnych nie ma pracy. A jak tam puste półki i ocet? Półki sklepowe uginają się od towarów rozkładanych nań przez pracujące po kilkanaście godzin na dobę zombie zatrudnione na umowach o dzieło. Jest i wiele rodzajów octu. Tylko konsumpcja, w tej otchłani niedostępnego dostatku, jakoś osobliwie spadła. W 2010 roku była o raptem 16 proc. wyższa (podstawowe produkty mięsne, nabiałowe i zbożowe) niż w najbardziej kryzysowym momencie 1981 roku. Ale infrastruktura… Autostrady… Samochody… Luksus niegdyś niedostępny. Owszem, lobby samochodowe wywalczyło sobie uroczą pozycję. Są autostrady, a za grosze można kupić grata, który po nich pomknie. Szkoda tylko, że w tym samym czasie zlikwidowano kolej. Nie całą. Połowę. Od 1989 roku do dziś zamykano, średnio, 1,5 km. połączeń kolejowych dziennie (także z uwzględnieniem dni wolnych od pracy). Łącznie zamknięto 15 tys. km. połączeń z eksploatowanych prawie 30 tys. w 1989 roku. Ale wszystko jest na dobrej drodze. Kiedyś i to marzenie Leszka B. się ziści i kolei nie będzie. Można by tak długo, ale doprawdy sił już brak na wyliczanie. Może kiedyś powstanie „Czarna Księga Polskiego Kapitalizmu”.

Ogólnie biorąc, wizje Leszka B. są wcale zbieżne z tymi wyszydzanego ongiś niedoszłego samorządowca Kononowicza. Ów zasłynął tym, iż w swym wyborczym spocie zapowiedział „likwidację wszystkiego”. I tu właśnie dochodzimy do sedna polskiej schizofrenii. Gdy podobne głupstwa plecie oryginał, który swój stan psychiczny zdradza estetyką swetra, niezgrabną intonacją i porażającą ignorancją – staje się pośmiewiskiem internetu i innych mediów. Ale gdy tej samej jakości banialuki dobywają się ust białego, bogatego, heteroseksualnego celebryty – działają one niczym najwyższej jakości wibrator w otworach polskich dziennikarzy i komentatorów. Jazgot rytualnego, obłąkańczego zachwytu i festiwal „bezinteresownej” rozkoszy nie znajduje żadnego anyestetycznego ekwiwalentu.

Na nasze nieszczęście – znów jesteśmy tego świadkami; 28 grudnia stuknęła nam 25 rocznica wprowadzenia słynnego Planu B**********a. Wychwalanego pod niebiosa projektu, dzięki któremu, w ciągu ostatniego ćwierćwiecza, bez działań wojennych na swoim terytorium, Polska straciła ponad 2,5 mln. obywateli. Nie polegli „na polu chwały”. Zostali eksmitowani z własnego kraju na zmywak do Wielkiej Brytanii. Ci którzy zostali, albo myślą o emigracji, albo o śmierci, albo biorą narkotyki. Leszek B. innego modelu egzystencji nie zechciał zaproponować i chyba nie bardzo umiał jak (przy założeniu, że by w ogóle tego chciał), gdyż przy takim poziomie dewastacji państwa nie bardzo idzie funkcjonować inaczej. Za to w takiej degrengoladzie łatwo rodzą się wszelkie patologie, których ukoronowaniem jest nowa kultura wzajemnego wyrządzania krzywd i dążenia do opresji. Innymi słowy – trzeci świat. Naszym nadwiślańskim trzecioświatowym guru jest właśnie Leszek B. Kat z tytułem profesora. Kochany przez tak wiele własnych ofiar.

Leszkowi B. nie wypada życzyć celi. Byłoby to dlań dalece zbyt humanitarne. Zasługuje on na wieczne życie w postpegeerowskiej lepiance. Gdzieś w Zachodniopomorskiem. W brudzie i nędzy, z zeschniętą bułką kajzerką w jednym ręku i butelką „Arizony” w drugiej. Kto katolik niechaj modli się, aby po wsze czasy Leszek B. kosztował cywilizacyjnej zapaści, jaką sprowadził na nas wszystkich. I niechaj go kiedyś komornik stamtąd eksmituje do pobliskiego rowu. I niech mu się śni jego „wielki projekt”. Nie da spać nawet swojemu twórcy.

Dopowiedzieć trzeba jednak coś jeszcze. W tej codzienności kapitalistycznego terroryzmu, którą zawdzięczamy Leszkowi B., tli się coś więcej niźli łuczywo przy ul. Czerskiej – mianowicie masowy sprzeciw. Poziom nienawiści do „klasy” politycznej i żądza odwetu są gigantyczne. O ile uda się je kiedyś przekuć w rewolucyjny ruch społeczny – powyższy akapit może okazać się scenariuszem wcale niewykluczonym. A i polska debata publiczna wyjdzie wówczas z rynsztoku!

Czego sobie i Szanownym Państwu winszuję w tę przykrą rocznicę.




Dorzucę jeszcze jeden tekścik :D

http://strajk.eu/index.php?id=comm_more&page=66

Wolne orły nie noszą korony

Na finiszu 2014 roku Prezydentowi Polski zebrało się na sentymenty. „To był dla mnie wzruszający moment” – powiedział w rocznicę 25-lecia ponownego nałożenia korony na czaszkę polskiego orła. Trudno się temu wzruszeniu dziwić. W końcu na paluchu Bronisława Marii Komorowskiego widnieje złoty sygnet – symbol przynależności do klasy uprzywilejowanych. Czasy ukoronowanego orła były okresem świetności, szczęścia i dostatku rodu Komorowskich, który panował miłościwie na Spiszu i Orawie. Dla przodków 80 procent społeczeństwa żelastwo na orlich skroniach oznaczało jednak niewolę i kierat przymusowej pracy pańszczyźnianej na rzecz dobrego samopoczucia szlachetnie urodzonych. Strącenie tego złomu z łba polskiego ptaszyska w 1944 roku było aktem dziejowej sprawiedliwości. Jaśniepanowie, słusznie wywłaszczeni przez władzę ludową, przez cztery dekady tęsknie szlochali za utraconym znakiem dominacji. Komuniści przeprowadzili reformę rolną i ukrócili wyzysk. Mówił o tym wczoraj Bronisław Maria: „O tę koronę – jako wyraz naszej suwerenności, wolności, niepodległości – walczyliśmy, o niej marzyliśmy przez okres systemu komunistycznego". Wraz z restytucją kapitalizmu w 1989 roku powróciły: korona i wyzysk. Miejmy nadzieję, że doczekamy momentu, w którym siła ogromnej większości równych i wolnych ludzi zredukuje je ponownie do odległej reminiscencji pompatycznych szlachciurów frustratów.


UPDATE 2.1.2015 - złote myśli Ikonowicza z fejsa:

Klerykalizm a walka klas

Wielu moich najlepszych znajomych to antyklerykałowie. Dawno temu byłem na zjeździe Antyklerykalnej Partii „Racja”. Wysłuchałem obrad w całości, ale nie padły tam ani razu słowa: bieda, bezrobocie czy wyzysk.
Kiedy przyjechałem do wsi Pawłów nieopodal Chełma, matka Ani miała 93 lata i leżała w łóżku ze złamaną nogą. Kiedy zmarła i Ania chciała ją pochować, ksiądz odmówił, bo nie miała czym zapłacić. Kiedy zapytała co ma właściwie zrobić, ksiądz poradził by trzymała mamę w lodówce.
Na fali przemian Kościół odzyskuje majątek na podstawie nawet średniowiecznych tytułów własności. Polski katolicyzm ocieka złotem, jest fanatyczny jak profesor Chazan i neoliberalny jak biskup Pieronek.
Kiedy leżąca krzyżem i chwaląca Pana Teresa z Woli została wyeksmitowana na bruk, ksiądz dobrodziej od razu zamknął na trzy spusty pomieszczenie, w którym wierna służebnica od czasu do czasu nocowała.
Pod sztandarami antyklerykalnymi wszedł do Sejmu Ruch Palikota, aby poprzeć wydłużenie wieku emerytalnego i zejść ze sceny politycznej. Próby budowania lewicy na stosunku do Kościoła okazały się płonne. Bo antyklerykałowie nie przeciwstawiają monopolowi ideologicznemu Kościoła żadnej innej ideologii, a sami są w większości wyznawcami płytkich, komercyjnych wartości mieszczańskich.
Tymczasem o klęsce „Solidarności” jako buntu klasy robotniczej, która dąży do emancypacji przesądziły nie czołgi Jaruzelskiego, tylko moment kiedy strajkujący stoczniowcy padli na kolana i zaczęli się zbiorowo modlić. Było to symboliczne i realne rozbrojenie ideologiczne klasy robotniczej.
Dzisiejsza tzw. radykalna lewica po prostu uznała fakt, że lud jest ciemny i postanowiła unikać walki z dominacją ideową Kościoła i koncentrować się na kwestiach bytowych. Ta kapitulacja oznacza oddanie pola Prawu i Sprawiedliwość, które przy wsparciu kleru kolonizuje umysły biedniejszej części społeczeństwa.
Zresztą nie tylko nacjonalistyczna i otwarcie klerykalna prawica korzysta z ideologicznej osłony Kościoła. Korzystają też liberałowie głosząc, że współczesny kapitalizm z jego wyzyskiem i rozwarstwieniem to nic innego jak wynik działania „prawa naturalnego”, ustanowionego przez Pana „naturalnego porządku rzeczy”. To nie przypadek, że mówi się o „świętym” prawie własności, podczas gdy inne prawa człowieka na ten przymiotnik już nie zasługują.
Liberałowie i libertarianie święcą dziś w Polsce tryumfy, bo udało im się przeciwstawić „umowie społecznej” przyrodzoną, egoistyczną naturę człowieka, który realizuje swą wolną wolę konkurując z innymi i uciskając słabszych. Współpracy, partnerstwu, humanizmowi przeciwstawiają bezwzględną konkurencję w walce o indywidualne cele. A zwolennicy Korwina-Mikke jedyne co mają do zaoferowania słabszym to dobrowolna jałmużna, którą zwycięzcy wyścigu szczurów dadzą lub nie pokonanym. Ta jałmużna to owo chrześcijańskie miłosierdzie, które niczym listek figowy ma przykrywać niemiłosierny wyzysk i brak ustawowych zabezpieczeń socjalnych.
Pamiętam, że w czasach podziemia Michał Boni prezentował na wykładach prowadzonych w kościołach społeczną doktrynę Kościoła i na pytanie o wyzysk odpowiadał, że przedsiębiorcy powinni być dobrymi chrześcijanami i to załatwia sprawę.
Zawsze kiedy mówimy o socjalizmie, o alternatywie ustrojowej natrafiamy na przeszkodę w postaci czynnika ludzkiego. Otóż żeby był możliwy system, w którym dobro publiczne, współpraca i równość są przedkładane ponad prywatę i indywidualne dążenie do maksymalizacji zysku potrzebny jest nowy człowiek, zorientowany na życie we wspólnocie. Tymczasem polskie społeczeństwo tak dalece uwierzyło, że każdy jest i musi być sam ze swoimi problemami i dążeniami, że mamy jeden z najniższych na świecie poziom zaufania społecznego. Jest on tak niski, nie sposób założyć nie tylko spółdzielnię, ale nawet spółkę, bo partnerzy zwykle od razu zaczynają się nawzajem kantować.
Nie wystarczy za pomocą ustaw, najbardziej nawet rewolucyjnych zmienić stosunki społeczne, jeżeli ludzie nie zaakceptują i nie utożsamią się z tymi przemianami. Antonio Gramsci przyjmuje punkt widzenia odmienny i bardziej płodny od zwolenników automatycznej przemiany człowieka w wyniku zmiany w sferze stosunków produkcji, ale także od tych, którzy chcą przypisać człowiekowi jakieś z góry określone, „naturalne” cechy. Widzi on potrzebę toczenia walki o moralne imponderabilia, gdyż dostrzega, że kluczem do panowania jakiejś grupy interesów w społeczeństwie jest kultura, jest pewien moralny i intelektualny porządek uzasadniający niesprawiedliwość i wyzysk. Dlatego staje do tej walki otwarcie rzucając wyzwanie największemu konkurentowi w zakresie dobra i zła: Kościołowi, chrześcijaństwu. Odpowiadając zwolennikom zbliżenia socjalizmu z chrześcijaństwem głosi, że socjalizm jest właśnie tą religią, która powinna zabić chrześcijaństwo, zastępując w świadomości ludzi pojęcie Boga transcedentalnego katolików wiarą w człowieka, jego najlepsze siły twórcze jako jedyną rzeczywistość duchową. Jeżeli słowa Gramsciego potraktować nie jako metaforę, lecz dosłownie, to socjalizm jest wiarą, a więc jego komponentem są pewne aksjomaty etyczne, które nie podlegają dowodowi i muszą zostać przyjęte spontanicznie, w odruchu moralnym. Tak, więc można skonstatować, że wyzwolenie, upodmiotowienie społeczeństwa, ludzkości, zależy od tego, co dzieje się z jednostką, osobą ludzką. Poszukiwanie nowej kultury i nowej wiary jest elementem poszukiwania nowego człowieka, który nie czyniłby dobra pod fałszywymi, obcymi jego walce o emancypację, pretekstami. Procesem stawania się owego nowego człowieka jest wspólna z innymi walka o społeczne wyzwolenie z okowów moralności uzasadniającej stary system. To duchowe, moralne wyzwolenie jest warunkiem wyzwolenia w sferze materialnej i społecznej.
Humanizm socjalistyczny wymaga odwagi i rozmachu, bez których nie jest możliwa wymarzona przemiana społeczna. Jest to postawa dużo dalej idąca od zaciekłego płytkiego antyklerykalizmu, który spiera się z Kościołem o pieniądze i przywileje nie kwestionując do głębi koncepcji ustroju niesprawiedliwości społecznej opartego na prawie naturalnym, w domyśle Boskim. Chodzi o zastąpienie wiary w Boga, wiarą w człowieka. Nie podjęcie tego wyzwania oznacza w istocie rezygnację ze zmiany ustrojowej. Bo takiej zmiany nie da się przeprowadzić bez stoczenia wojny ideologicznej.

Piotr Ikonowicz

Awatar użytkownika
mare
NAAWSW
NAAWSW
Posty: 9473
Rejestracja: 25.04.2011 12:50:17

Postautor: mare » 02.03.2015 23:39:19

Bardzo ciekawe dane, raj korwinistów tyle, że u nich nie ma pomocy społecznej, bo po co pomoc, gdy każdy może pracować...

Czy takie firmy powinny mieć prawo do zysku? Zysku z mojej kieszeni? Ile pracowników takiego Inpostu jest w podobnej sytuacji?

Pani Beata w sklepie jako kasjerka pracuje od 14 lat. Dostaje 1350 zł na rękę. Jeśli nie choruje cały miesiąc, dochodzi do tego 100 zł dodatku za "niechorowanie". Jeden dzień zwolnienia? Dodatek odbierają. Trudno jest nie brać w ogóle zwolnień, jak się ma dzieci. Na święta Bożego Narodzenia są talony 300 zł do realizacji oczywiście w sklepie, w którym pracuje. Na wakacje 300 zł na wczasy pod gruszą. Na żadne wczasy oczywiście pani Beata nie jeździ. Za ekstra pieniądze po prostu kupuje jedzenie.

Praca? Często kończy o 22, a następnego dnia zaczyna o 6 rano. Oficjalnie "nocek" nie ma. Ale ciągle każą przychodzić ludziom w nocy do rozładowania towarów.

- Za mieszkanie płacę 450 zł samego czynszu, oprócz tego trzeba zapłacić za światło, gaz, węgiel. Muszę chodzić do pomocy społecznej, bez tego bym nie przeżyła. Na trójkę dzieci dostaję ok. 290 zł zasiłku, dofinansowują mi zakup węgla i książek do szkoły. Tak się nie da żyć. W rejonie nie ma jednak innej pracy, w podobnej sytuacji są inne koleżanki pracujące w sklepach. To jest wegetacja. Wstydzę się tej biedy - opowiada pani Beata.

300 tys. na śmieciówkach

Nie ma danych, jak wielu pracowników sklepów w Polsce jest na zasiłku z pomocy społecznej. Kiedy w zeszłym roku ujawniono raport na ten temat w USA, wyszło, że amerykańscy podatnicy dopłacają do pensji fatalnie wynagradzanych pracowników największej sieci handlowej Walmart 6,2 mld dolarów rocznie. Ta kwota to wydatki na pomoc społeczną dla pracowników sieci w postaci kuponów na jedzenie, pomoc medyczną. Firma dzięki temu, że płaci słabo, ma zaś większe zyski. W czasie, który badał raport sporządzony przez koalicję Americans for Tax Fairness, Walmart zarobił na czysto... 16 mld dolarów.

Read more: http://wyborcza.biz/biznes/1,100896,174 ... z3TGpguugq

Awatar użytkownika
regysky
Administrator
Administrator
Posty: 16251
Rejestracja: 26.05.2006 11:05:47
Lokalizacja: Kraków Główny Osobowy

Postautor: regysky » 03.03.2015 07:57:51

Sama sobie winna. Jak nie ma co jeść, niech zdycha. Poza tym mogła se aborcyjkę strzelić, co nie?

A Wal-Mart to co innego. Przecież na te 6,2 mld zrzuca się cały kraj, w tym bogaczy, którzy nie kupują w tym markecie. A gdyby podnieść płace, to ceny produktów by wzrosły, co uderzy w najbiedniejszych konsumentów (czyli właśnie pracowników Wal-Martu). :P
Polish priest blessing “an important road” in the Radom county. Dąbrówka Połężna, 2012.

Awatar użytkownika
palsecam
Zbanowany
Zbanowany
Posty: 5634
Rejestracja: 25.11.2012 22:32:50
Lokalizacja: ...

Postautor: palsecam » 03.03.2015 09:19:43

Ale w Polsce nie ma socjalu (chyba, że dla pijaków), więc w czym problem, że prywaciarz X i sieć handlowa Y płaci poniżej minimalnej, co umożliwiają im umowy śmieciowe? Nic do tego nie dopłacamy, no może więcej wychodzi przy NFZ, ale kto by się przejmował, zresztą ten socjalistyczny przeżytek, jakim jest publiczna służba zdrowia trzeba zlikwidować.

Nie musiałaby aborcyjki sobie strzelać, gdyby się uczyła na inżyniera albo doktora, albo założyłaby swoją firmę. Artykuł o niczym. Pewnie pisał go jakiś eseldowiec czy inny pisiak.

Awatar użytkownika
Robespierre
Araneus Rex
Araneus Rex
Posty: 5626
Rejestracja: 11.04.2012 03:55:09
Lokalizacja: Z bezludnej wyspy.

Postautor: Robespierre » 04.04.2015 15:09:00

Maximilien de Robespierre pisze:Ukarać oprawców ludzkości jest łaską, wybaczyć im byłoby okrucieństwem

Awatar użytkownika
Robespierre
Araneus Rex
Araneus Rex
Posty: 5626
Rejestracja: 11.04.2012 03:55:09
Lokalizacja: Z bezludnej wyspy.

Postautor: Robespierre » 08.04.2015 00:18:19

Jako, że wystarczy już naprawdę offtopu w temacie o wyborach. Dowody na to, iż język antysystemowy nie jest dziś językiem marginalnym, będę przedstawiać tutaj. Jak zawsze - na przykładach wyimków różnych tekstów ;)

Slavoj Žižek: tolerancja nie jest rozwiązaniem

Czy niepohamowany indywidualny hedonizm miałby więc być wszystkim, co możemy przeciwstawić fundamentalizmowi?

- Nie, z dwóch powodów. Po pierwsze naszym przeciwnikiem nie jest prawdziwa religia. Zivko Kustić, chorwacki katolicko-narodowy ksiądz oznajmił, że katolicyzm jest znakiem, iż nie jesteśmy gotowi zrezygnować z naszego narodowego i kulturowego dziedzictwa. Uświadamia to, że nie chodzi tu już o religię i jej prawdy, lecz o projekt polityczno-kulturalny. Religia jest w nim jedynie narzędziem i indykatorem naszej zbiorowej tożsamości. Chodzi o to, jak wiele strefy publicznej kontroluje nasza własna strona i ile władzy sprawuje. (…) Drugi powód, jeszcze bardziej decydujący, to ten, że niepohamowana osobista wolność wyboru doskonale komponuje się z dzisiejszym kapitalizmem, w którym globalne procesy społeczne i ekonomiczne stają się coraz bardziej nieprzejrzyste. Indywidualistyczny hedonizm i fundamentalizm napędzają się nawzajem. Fundamentalizm można skutecznie zwalczać jedynie za pomocą nowego zbiorowego projektu radykalnej zmiany.

Czy zadaniem intelektualisty, który, tak jak pan, działa publicznie, jest niezmordowana praca nad poszerzaniem przestrzeni wolności? To przypomina raczej otwarte społeczeństwo Karla Poppera niż proletariacką rewolucję Karola Marksa.

O Boże, tylko nie Popper! Pozostanę w tym punkcie marksistą, bo tym, o co mi chodzi, jest ujęta w instytucje infrastruktura wolności. Specjaliści – idioci w pierwotnym znaczeniu tego słowa – troszczą się o znajdowanie rozwiązań specyficznych problemów. Intelektualista stawia na nowo pytania, zastanawia się nad realizacją osobistych praw do wolności.

- Kant w swoim szkicu "Czym jest Oświecenie?" czyni rozróżnienie między prywatnym a publicznym używaniem rozumu. Dziś jest to bardziej aktualne niż kiedykolwiek. Dla Kanta publiczne posługiwanie się rozumem oznacza wolne myślenie, z dala od politycznych i religijnych przymusów. Na tym polega dziś nasza walka, włączając w to WikiLeaks, by utrzymać tę publiczną przestrzeń przy życiu.

Jak w takim razie mamy wykształcić solidarność pomiędzy różnymi grupami kulturowymi?

- Moja odpowiedź brzmi: przez walkę. Zderzenie kultur nie powinno być przezwyciężane przez odczuwany globalny humanizm, lecz przez szeroką solidarność z walczącymi w obrębie każdej kultury. Nasza walka o emancypację musi być połączona z walką przeciwko systemowi kastowemu w Indiach, z oporem robotników w Chinach. Wszystko zależy tu od siebie nawzajem: walka o prawa Palestyńczyków i rzeciwko antysemityzmowi, działania WikiLeaks i Pussy Riot – wszystko to są części tej samej walki. Jeśli nie, możemy się wszyscy zabić.


Rafał Woś: Kapitalizm jak narkoman "na głodzie". Władza finansjery jest niepodzielna

Cynik powie pewnie, że jak świat światem, zawsze rządziły nim pieniądze. Być może, ale jeszcze nigdy władza kapitału finansowego nie była równie intensywna i niepodzielna, co obecnie.

Coraz więcej ekonomistów dowodzi, że właśnie tutaj szukać należy przyczyn utraconej równowagi systemu gospodarczego. Tutaj, to znaczy w finansjalizacji, której skutki dopiero uczymy się dostrzegać.

Jak większość zjawisk ekonomicznych także i te, o których zaraz Państwo usłyszycie, nie zaczęły się wczoraj. Przez długi czas ekonomia głównego nurtu nie potrafiła ich jednak należycie odczytać i zinterpretować. Myślano mniej więcej tak: Żyjemy w kapitalizmie. A w kapitalizmie najważniejszy jest przecież kapitał. A gdzie mamy do czynienia z kapitałem w czystszej postaci, jeżeli nie na rynkach finansowych? Stąd już zaś tylko o krok do wniosku, że gdy kwitnie kapitał finansowy, to kwitnie i sam kapitalizm. I w ten właśnie sposób ekonomia głównego nurtu interpretowała to, co się działo w zachodnich gospodarkach w ostatnich trzech dekadach.

(...)

Tymczasem ekonomia głównego nurtu przez lata zachowywała się jakby finansjalizacja oznaczała zmianę kilku dość abstrakcyjnych i trzeciorzędnych procentowych wskaźników. Aż do kryzysu 2008 r. dominowało dość naiwne i zgodne z liberalną ortodoksją przekonanie, że nie ma się czego obawiać. Tłumaczono, że rozrost sektora finansowego to naturalny etap rozwoju gospodarek zachodnich, które na naszych oczach przechodzą z XX-wiecznej fazy uprzemysłowienia do opartej na usługach ponowoczesności.

(...)

Nieżyczliwi obserwatorzy bardzo często sprowadzają argumenty krytyków finansjalizacji do prymitywnej nagonki na banki i panującą tam chciwość. To nieporozumienie. Polega ono na zasadniczym spłyceniu opisywanego zjawiska. Bo oskarżanie banków i bankowców o całe zło współczesnej gospodarki jest jak łajanie chorego na grypę za to, że zaraża zdrowych. Taka postawa będzie jednak zawsze rozmową o objawach, nie zaś o przyczynach trawiącej organizm choroby. Tak naprawdę problemem finansjalizacji nie jest bowiem istnienie sektora finansowego, ani nawet jego rozrost i deregulacja. Problemem jest radykalne zwiększanie się roli tego sektora w gospodarce.

Kłopot polega bowiem na tym, że w ciągu minionych 20-30 lat motywy finansowe zyskały w biznesie coraz większe znaczenie, a aktorzy finansowi stali się bezprecedensowo potężni. Zostawmy jednak teorię. Zjawisko to można przecież pokazać na wielu przykładach. Weźmy pojedynczą firmę i spróbujmy sobie na początek odpowiedzieć, kto dziś rządzi w takiej korporacji. Potężny szef w stylu prezesa albo dyrektora wykonawczego? No cóż, on może i ma piękny gabinet oraz wysokie uposażenie, ale zazwyczaj jest to tylko wynajęty fachowiec. Wynajęty przez udziałowców. A więc rozproszonych właścicieli. Jednym z efektów postępującej finansjalizacji jest właśnie to, że takim właścicielem można się stać bardzo szybko. I bardzo szybko można z tej roli wyjść.

Skutek jest taki, że pomiędzy udziałowcami a firmą nie ma już takiej więzi jak kiedyś. Dominuje więc tendencja do uzyskiwania jak najlepszego wyniku krótkookresowego. Udziałowcy chcą przecież, by dywidenda została zrealizowana jak najszybciej i była jak najwyższa. Wynajęci przez nich menedżerowie są oceniani na podstawie tego, czy zdołali ten cel zrealizować. Proszę zwrócić uwagę, że wszyscy po drodze zachowują się zupełnie racjonalnie. Każdy działa tak, by jemu było jak najlepiej (tak właśnie definiuje się „racjonalność” w ortodoksyjnej ekonomii liberalnej). Ale niestety z tego łańcuszka racjonalnych motywów rodzi się zjawisko niebezpieczne dla całej gospodarki. Dlaczego? Bo im więcej firm zaczyna funkcjonować na takich warunkach, tym bardziej powszechna staje się finansjalizacja.

Gdyby rzecz dotyczyła tylko sektora finansowego, nie byłoby problemu. Finanse zawsze były branżą trochę postrzeloną. Problem w tym, że finansjalizacja od dawna kolonizuje inne gałęzie gospodarki. Na przykład przemysł. Jeszcze 30-40 lat temu działające na tym rynku firmy funkcjonowały na zupełnie innych zasadach. Produkowały pewien towar, a potem go sprzedawały. Uzyskaną nadwyżkę zabierał właściciel i dzielił się nią z pracownikami. Jak dawał zbyt mało, to przyciskały go związki zawodowe. Jakąś część dochodu przeznaczano też na inwestycje. Wszystkie strony wiedziały jednak, że liczy się nie tylko to, co dziś, lecz również perspektywy na przyszłość.

W momencie, gdy koncerny przemysłowe stały się normalnymi spółkami giełdowymi, zaczęły działać na tych samych zasadach co sektor finansowy. Inwestycje w realny kapitał zeszły na drugi plan. Bo one zazwyczaj przynoszą zwrot dopiero w dłuższym okresie. A logika finansjalizacji skupia się raczej na okresie krótkim, na dywidendzie i kursie akcji. I tak w miarę upływu czasu w zachodnich gospodarkach realne inwestycje i zyski zupełnie się od siebie oddzieliły. Kiedyś one szły w parze. Dziś już nie idą.

Potwierdza to szereg badań empirycznych. Na przykład studium przeprowadzone niedawno przez Michaela J. Coopera ze Szkoły Biznesu im. Davida Ecclesa na Uniwersytecie Utah. W jego ramach ekonomista przebadał wyniki finansowe ponad tysiąca firm w okresie dwudziestu lat. I wyszło mu, że im więcej zarabiają szefowie tych firm, tym gorsze były wyniki takich spółek.

(...)

„No to sobie ponarzekaliśmy! A teraz czas dorosnąć i pogodzić się z tym, że tak właśnie działa zglobalizowany kapitalizm. Witamy w XXI wieku!” – taki sposób rozumowania to kolejna z metod wytrącania argumentów z ręki krytyków finansjalizacji. Jest to jednak postawa tylko z pozoru zdroworozsądkowa. Każdy, kto chciałby w ten właśnie sposób sprowadzić na ziemię dotychczasowe rozważania, powinien najpierw odpowiedzieć sobie na pytanie czy sfinansjalizowany kapitalizm ostatnich 20-30 lat faktycznie sprawnie „funkcjonuje”. Czy może jest jak narkoman, który musi sięgać po coraz to nowe i silniejsze środki odurzające, by jeszcze raz – przynajmniej na chwilę – odlecieć.

(...)

Kapitalizm monopolistyczny charakteryzuje się potężną spiralą centralizacji i dominacją korporacyjnych form organizacji gospodarczej. Poszczególne branże są tutaj kontrolowane przez kilka oligopolistycznych firm, które w dziedzinie decyzji produkcyjnych oraz inwestycyjnych działają nie tyle w konkurencji do siebie, lecz – jak to ujął Joseph Schumpeter – „z wzajemnym poważaniem”. Oczywiście i w tej superlidze gigantów dochodzi raz na jakiś czas do pewnych przesunięć. Czasem ktoś z niej spadnie (Kodak, Nokia), a czasem ktoś awansuje (Apple, Google). Warto jednak zwrócić uwagę, że każdy nowy „pistolet” szybko akceptuje obowiązujące tu reguły gry. I wszystkie swoje wysiłki koncentruje na uzyskaniu pozycji monopolistycznej w swojej działce, a jeszcze lepiej zawiązuje oligopol kontrolujący kilka powiązanych ze sobą branż.

To jest jednak moment, w którym kapitalizm zaczyna gryźć się w swój własny ogon. Giganci stają się jak disneyowski Sknerus McKwacz, który gromadzi w swoim skarbcu w Kaczogrodzie kolejne sztabki złota. I zajmuje się właściwie tylko tym. Sweezy nazwał to zjawisko „nadakumulacją kapitału”, charakteryzującą największe podmioty kapitalizmu monopolistycznego. To coś jakby zaklęty krąg. Niechęć posiadaczy kapitału do bardziej aktywnej polityki redystrybucyjnej rządu czy strach przed utratą konkurencyjności (mrożenie płac) sprawia, że stają oni wobec bariery popytu.

Czyli, mówiąc wprost, nie ma wystarczającej liczby chętnych do kupowania ich towarów. A przez to ogromna część zdolności wytwórczych gospodarki pozostaje niewykorzystana (istniejące dziś fabryki samochodów mogłyby bez trudu wyprodukować trzy razy tyle towaru co obecnie). One mają z kolei wpływ na brak inwestycji. Bo firmy z zasady nie są chętne do inwestowania w branżach, w których duża część istniejących zdolności pozostaje bezczynna. Malejącemu wykorzystaniu zdolności wytwórczych towarzyszy coś, co Foster i McChesney nazwali stagnacją zatrudnienia, co jeszcze bardziej pogłębia barierę popytu. W efekcie im więcej korporacje zarabiają, tym bardziej spada ich ochota do reinwestowania zgromadzonych środków. Jeżeli spojrzeć na prywatne niemieszkaniowe inwestycje netto w gospodarce amerykańskiej to spadły one z 4 proc. PKB w latach 70. do 3 proc. w latach 90. i 2,4 proc. w latach 2000-2010. I tak w kółko.

(...)

Co dalej? Możliwych jest kilka scenariuszy. W pierwszym (najbardziej prawdopodobnym) nie zmienia się nic. Czeka nas jeszcze kilka lat charakterystycznej dla kapitalizmu monopolistycznego stagnacji, po których do gry wejdzie jakiś nowy narkotyk. Najpewniej w formie nowej fali finansjalizacji i nowych – może dziś jeszcze nieznanych – produktów finansowych. Skończy się to – zdaniem autorów takich jak Foster – kolejnym kryzysem. Pewnie jeszcze głębszym.

Scenariusz drugi wyobrazić sobie trudniej, bo aby się ziścił, musiałby upaść kapitalizm. A na to się jednak na razie (głównie z powodu braku konkurencyjnego projektu) nie zanosi. Inna opcja to ewolucja obowiązującego porządku ekonomicznego. Albo w kierunku głębokiej i globalnej rewolucji redystrybucyjnej (widoki na nią opisaliśmy w pierwszym odcinku naszego Przewodnika), albo w wyniku wzmocnienia presji na wzrost pensji i podminowanie tzw. globalnego arbitrażu pracy, w którym firmy bez najmniejszego przemierzają zglobalizowany świat w poszukiwaniu taniej pracy (o tym również pisaliśmy w Przewodniku).

Ostatnią drogą jest żmudne przeciwstawianie się logice finansjalizacji. A więc świadome blokowanie ekspansji myślenia rynkowego w tych dziedzinach życia społecznego, które jeszcze nie są skomercjalizowane (usługi publiczne, oszczędności emerytalne, państwo dobrobytu). Oznacza to jednak otwarcie dyskusji o nowej i dużo aktywniejszej roli państwa w gospodarce, która idzie pod prąd dominującym od kilku dekad (pomimo kryzysu) naciskom na „zagłodzenie etatystycznej bestii”.

Wygląda więc na to, że w najbliższym czasie pozostanie nam tylko obserwowanie jak finansjalizacja mości się coraz bardziej w otaczającej nas rzeczywistości. Jak rynki zmieniają kolejne suwerenne rządy (kryzys w strefie euro), globalizacja postępuje (transatlantycki układ o wolnym handlu), inwestycje w produktywną gospodarkę nadal spadają, a bariera popytu się powiększa. Witamy w XXI wieku!

(...)


Na deser jeszcze anglojęzycznie:



Oraz coś, co absolutnie mnie ubawiło, mimo że ponoć nie mam poczucia humoru. Prosto z Kącika Kiciputka

Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Maximilien de Robespierre pisze:Ukarać oprawców ludzkości jest łaską, wybaczyć im byłoby okrucieństwem

Timtam

Postautor: Timtam » 08.04.2015 00:31:16

jak to jest, że w usa przemysł tytoniowy, tak potężny onegdaj, został skopany przez władze i społeczeństwo, mało tego, musiał/musi płacić ogromne odszkodowania?

Awatar użytkownika
Robespierre
Araneus Rex
Araneus Rex
Posty: 5626
Rejestracja: 11.04.2012 03:55:09
Lokalizacja: Z bezludnej wyspy.

Postautor: Robespierre » 11.04.2015 23:55:28

Naftowy, czy zbrojeniowy mają się lepiej. Uważasz, że to było łatwe? Bo ja nie. A co w sytuacjach, w których kapitał gra w zasadzie do jednej bramki, niezależnie od sektora? Z największymi mediami, jako częścią własnego ciała i swobodą finansowania kampanii wyborczych polityków?

Mówimy o sile politycznej, dla której pojęcie odpowiedzialności jest najczęściej obce.

To zostawiam do rozważenia, natomiast wrzucam jeszcze raz coś weselszego -

Obrazek

W głębi duszy zawsze czułem, że jestem Skandynawem. Nie lubię słońca, nie lubię nadmiaru towarzystwa, lubię za to śnieg, regulacje i podatki ^^
Maximilien de Robespierre pisze:Ukarać oprawców ludzkości jest łaską, wybaczyć im byłoby okrucieństwem

Awatar użytkownika
Robespierre
Araneus Rex
Araneus Rex
Posty: 5626
Rejestracja: 11.04.2012 03:55:09
Lokalizacja: Z bezludnej wyspy.

Re: Przemyślenia antykapitalistyczne i alterglobalistyczne.

Postautor: Robespierre » 20.04.2015 22:24:24

Wciągający i inspirujący tekst z mojej strony:

Marks, austerity i walka duchowa

(...)

7. Spożycie duchowe jako emancypacja

Marks wyraźnie sugeruje – i jest pod tym względem dzieckiem swoich czasów – że inwestowanie robotnika w „spożycie duchowe”, a więc we własne człowieczeństwo („jedyne uczestnictwo w cywilizacji, dzielące go od niewolnika”) i walka o prawa wszystkich uciśnionych są tylko dwoma aspektami tego samego ruchu – ruchu edukacyjnego, procesu samo-wychowania. Mamy tu do czynienia z klasycznym, arystotelesowskim rysem: w tak rozumianym procesie stawania się człowiekiem, a więc procesie kształcenia się, zdobywania kultury (czyli procesie współtworzenia ducha), produkcja i konsumpcja są tym samym – w każdym razie przy takim rozumieniu ducha, jakie tu Marks zdaje się zakładać: w sferze ducha nie można konsumować tym samym nie produkując i vice versa; konsumując kulturę zmienia się bowiem siebie, a zmieniając siebie wpływa się na innych, stwarza jakiś fakt duchowy, zmienia po trosze ogólny sposób funkcjonowania społeczeństwa. Im bardziej robotnicy są wykształceni – zwłaszcza jeśli wykształcenie owe zdobywają z własnej inicjatywy i w ośrodkach przez nich samych stworzonych – tym bardziej świadomi są zależności swojej jednostkowej sytuacji od sytuacji wszystkich innych, tym lepiej rozumieją swoje położenie i mechanizmy społeczne, które je wyznaczają, i tym bardziej motywowani są do walki o ich przekształcenie.

8. Przemysł kulturowy

Z dzisiejszej perspektywy obraz ten wydaje się wyidealizowany – każdego dnia doświadczamy olbrzymiej presji ze strony kultury fabrycznie wytworzonej, wszechobecnych reklam, muzyki popularnej, masowej produkcji plastycznej i wizualnej, począwszy od architektury, uporządkowanej hierarchicznie wedle swojej ceny (najdroższe dzieła międzynarodowych gwiazd architektury na użytek globalnych elit, potem biurowce, apartamentowce, centra handlowe, potem mieszkaniówka, szkoły i szpitale dla biedoty), skończywszy na filmach, też pozycjonowanych. Taką kulturę, wpychaną nam w gardło, możemy tylko przełykać, nie mam mowy o aktywności kulturalnej ze strony odbiorcy. A jednak! Kultura, której konsumpcja miałaby być jedynie zużywaniem produktu wytworzonego przez globalny przemysł rozrywkowy na użytek globalnego rynku dóbr kultury jest tylko pojęciem abstrakcyjnym; utowarowienie kultury (czyli utowarowienie po prostu – to kultura utowarawia; wszelka ekonomia jest jej częścią, częścią „ducha”) ma swoją konieczną drugą stronę, opiera się na czymś rzeczywistym: żyjącym i tworzącym jednostkowym ciele, czuciu i myśleniu każdej jednostki ludzkiej.

Zobaczmy: towar na rynku jest fetyszem, naucza słusznie Kapitał, ale już na przykład produkty żywnościowe nigdy nie są jedynie fetyszami – działają bowiem na organizm (który co prawda również może być – i w dzisiejszych czasach najczęściej bywa – sfetyszyzowany: kto nie wygląda, ten nie je; była już wyżej mowa o wyrzucaniu ze sklepów, to wcale nie metafora), przy czym ich spożywanie nie jest procesem bez reszty spontanicznie-przyrodniczym. Są trawione, ale swoją rolę w ich trawieniu odgrywa choćby smak, który, jak wszystko, co zmysłowe, do pewnego stopnia podlega emocjom, woli i wpływowi subiektywnych interpretacji, a więc ostatecznie, jak wszystko, co subiektywne – jest społeczny a zatem podatny na przykład na manipulacje reklamy. Reklama ma więc wpływ – dobry albo zły – na ciało ludzkie, na ludzki czas, na to, jak każdy człowiek z osobna faktycznie żyje. Jakie jednak przyjąć kryteria oceny tego dobrego lub złego wpływu? Ma on najwyraźniej charakter ambiwalentny: żeby jeść, trzeba wyglądać – to znaczy, żeby dostać „lepszą”, wyżej opłacaną pracę trzeba spełniać pewne „wizerunkowe” warunki, w co wliczyć trzeba zarówno zdolności komunikacyjne, jak i pewien wygląd. Ale ten „wizerunek” jest nie tylko rynkowym fetyszem, ale również oznaczać może więcej sił potrzebnych do jego kształtowania, większą wrażliwość i zdolność do rozróżniania – intensywniejsze życie. A zatem zawiera się w tym – tak jak we wszystkim co produkuje kapitalizm – również „moment cywilizacyjny” (a więc moment duchowy). Należałoby więc uzupełnić wcześniejsze twierdzenie, że kultura czy też sfera ducha to ta sfera, w której konsumpcja jest zarazem produkcją, o twierdzenie dalej idące: że z pewnego punktu widzenia każda w ogóle konsumpcja jest równocześnie produkcją: jest nią mianowicie, jeżeli odnieść ją do całokształtu rozwoju ludzkości. Momentem duchowym jest właśnie to odniesienie do całości dziejów. Można produkować tak jakby się tylko konsumowało: tak dzieje wtedy, gdy „praca martwa” rządzi „pracą żywą”, gdy kapitał determinuje charakter ludzkiej twórczości, czyli ludzkiego życia. Można też konsumować tak, aby produkować: znaczy to – żyć na sposób duchowy. Czyli: jednoczyć się w walce przeciw zniewoleniu przez kapitał. Wynikałoby z tego, że wszystkie dobra, jakie się konsumuje, są potencjalnie „dobrami wyższego rzędu”; tym, co czyni je takimi, jest zatem „wyższego rzędu” spożycie – konsumpcja dokonująca się nie w imię rynku, tylko ramach bezpośredniego zjednoczenia ludzi do walki z mechanizmami „martwej pracy”.

9. Rola kultury

Do produktów ducha ludzkiego należy zarówno telewizyjna reklama jak i kwartet Schuberta: oddziaływują one dobrze albo źle – przy czym, jak się wydaje, „dobry” użytek z produktów duchowych oznacza ich wpływ emancypacyjny: liczy się to czy poszerzają wolność, to znaczy wolę walki, czy ją tłumią.

Ten pogląd, jak myślę, wcale się nie zdezaktualizował, a w jakimś sensie nawet nabrał większej wagi – o tyle, że bezpośrednie, polityczne wysiłki przezwyciężenia kapitalizmu przyniosły w epoce dzielącej nasze czasy od czasów Marksa wyniki wątpliwe (rozwój socjaldemokracji), a w niektórych wypadkach nawet katastrofalne (rozwój ruchu komunistycznego). Prawdę powiedziawszy wysiłki te w ogóle kapitalizmu nie zniosły – w jednym wypadku na krótką metę i w ograniczonym terytorialnie zakresie złagodziły jego działanie, w drugim zaś zastąpiły tylko zapośredniczone metody zarządzania kapitałem metodami bezpośrednimi, zaczerpniętymi z poprzednich epok rozwoju ludzkości. W związku z tym dziedzina ducha – walka z kapitalizmem w kulturze i poprzez kulturę – okazuje się być jeszcze ważniejsza, niż można było pomyśleć w czasach Marksa: ostatecznie to tu wszystko się rozstrzyga. Musimy sobie duchowo poradzić z tym, cośmy stworzyli i co nas stworzyło takich, jakimi jesteśmy: z kapitalizmem. Nie znaczy to, że zaniedbywać można przy tym środki tylko polityczne czy tylko ekonomiczne – chodzi jednak o to, aby dostrzegać ich miejsce w walce duchowej. Nasze biologiczne życie jest areną tej walki; sensem istnienia ciała jest walka duchowa, w jaką nas ono wikła. Imię tego sensu to komunizm; jest on duchem, a nie tylko widmem czy upiorem (Gespenst) – jest życiem tchniętym w upiora przez „wyższy rodzaj” konsumpcji; duchem zmartwychwstania, ożywienia tego, co było martwe. Z tej perspektywy spożywanie duchowe to tyle, co komunia.

10. Epoka globalnej agencji reklamowej

Ten wyższy rodzaj konsumpcji, w którym doświadczanie świata dokonuje się pod znakiem nowych, coraz subtelniejszych potrzeb produkowanych przez kapitalizm – a zatem zdolności do coraz bardziej złożonej wielostronności, operującej wieloma alternatywnymi sposobami czucia i myślenia – jest zarazem przedsięwzięciem wieloznacznym. Łatwo przekształca się bowiem w rodzaj akumulacji kapitału – a właściwie jest nim w tej formie, w jakiej na co dzień mamy z nim dzisiaj do czynienia. Żeby ten sposób konsumpcji, która jest produkcją na użytek globalnego kapitału odwrócić, trzeba dodatkowego wysiłku, pewnego rodzaju duchowego strajku. Sytuacja istotnie zmieniła się od czasów, gdy Marks pisał Grundrisse. O ile w tamtych czasach robotnik inwestujący w „dobra wyższego rzędu” niczym w ten sposób nie poprawiał swojej sytuacji na rynku pracy – a zatem jego konsumpcja duchowa automatycznie niejako przekształcała się w narzędzie walki proletariatu; sama z siebie stawała się czynnikiem oporu przeciw spychaniu robotników do roli żywych maszyn (to znaczy maszyn, na których można oszczędzać; maszyn, które same w swoim interesie zmuszone są o siebie zadbać i zwalniają od tego obowiązku właściciela środków produkcji). Jednak przekształcenia gospodarcze w społeczeństwach postindustrialnych otwierają rynek pracy na coraz bardziej wyrafinowane, duchowo wysublimowane formy pracy. Tym, co się najlepiej sprzedaje są „nowe idee” – czyli nowe opakowania, nowe reklamy produktów, wyobrażenia stymulujące konsumpcję, „memy”. Typową scenerią takich „kreatywnych” prac nie jest już fordowska fabryka, ale agencja reklamowa. Jednak „twórczość” pracowników takiej agencji jest czymś całkowicie poddanym logice fetyszyzmu towarowego – tworzą oni zawieszając swoja subiektywność, sferę własnego wewnętrznego rozwoju dokonującego się za pośrednictwem związków z innymi ludźmi; mają na względzie wyłącznie dostosowanie się do przepływów i wahań koniunktury rynkowej, w czym inni mogą być jedynie narzędziami (a ostatecznie – konkurencją). Agencja reklamowa staje się w ten sposób wzorcem dla uniwersytetów i wszelkich instytucji produkujących naukę. „Nauka to dla burżuazji młyn, który produkuje rozwiązania wszystkich stojących przed ludźmi problemów: nauki nie postrzega się już jako udoskonalonego sposobu na osiągnięcie wiedzy, lecz wyłącznie jako przepis na zapewnienie sobie pewnych korzyści” – pisał Sorel[9]. Dawna fabryka chciała przede wszystkim pracy ciał robotników – ich umysły były zbędnym dodatkiem; jeśli je rozwijali, stawali się wręcz niebezpieczni. Teraz kreatywna fabryka kolonizuje przede wszystkim umysły pracowników, zmuszając ich do bezwzględnego konkurowania z innymi na idee. Nie mogą już być chłopami pańszczyźnianymi, robiącymi swoje i idącymi do domu. Henryka Bochniarz ma rację – korporacja zorganizowana na kształt feudalnego folwarku niedostatecznie korzysta z produktywności duchowej swoich pracowników. Produktywność tę należy intensyfikować. Edukacja – dokonująca się również przez konsumpcję „dóbr wyższego rzędu” – stanowi dominującą formę dostosowania się do tego nowego rynku pracy.

(...)

Maximilien de Robespierre pisze:Ukarać oprawców ludzkości jest łaską, wybaczyć im byłoby okrucieństwem


Wróć do „1.1. Wydarzenia”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości