Umysły w anegdocie.

Znalazłeś coś zabawnego - podziel się.
Awatar użytkownika
uzytkownik_konta
gejlord
gejlord
Posty: 11816
Rejestracja: 11.10.2011 23:24:08
Lokalizacja: Lublin

Re: Umysły w anegdocie.

Postautor: uzytkownik_konta » 28.10.2017 02:10:15

Może nie do końca anegdota, ale jakoś pasuje. Przedwczoraj trafiłem w książce na cytat listu wysłanego w 1912 przez ówczesnego ambasadora USA w Londynie, Waltera Hinesa Page'a (kliknąć dla większego rozmiaru):

Obrazek

Jest to największy pożytek z tej książki, bo jest z 1926 r., więc informacje trochę się zdezaktualizowały :lol:
Za to poćwiczyłem sobie tłumaczenie (bardzo swobodne):
Londyn, 22 grudnia 1913 r.

Jeśli myślisz, że to wszystko zabawa, to się mylisz - mam na myśli tę pracę. Tutaj robota się nie kończy. Obejmuje ona: Przyjmowanie ludzi przez dwie godziny dziennie, niektórych w jakichś interesach, innych tylko żeby "przekazali wyrazy szacunku", odbieranie olbrzymich ilości (straszliwie wymieszanej) poczty; chodzenie do MSZ w każdej sprawie; wyszukiwanie najdziwniejszych informacji, jakie mogą Ci przyjść do głowy; pisanie raportów dla Waszyngtonu w najróżniejszych sprawach; a potem jeszcze są tzw. zadania publiczne: wydawanie obiadów, przyjęć itd. oraz uczęszczanie na nie. Zdaje się, że najbardziej istotnych rzeczy dowiaduję się właśnie podczas wypełniania tego ostatniego. Potem sprawy dworskie; a potem jeszcze spotkania i przemówienia! Amerykański ambasador musi jeździć po całej Anglii i wyjaśniać każdą amerykańską drobnostkę. Nigdy byś nie wyszedł z szoku, gdybyś usłyszał, jak opowiadam o edukacji, rolnictwie, obchodzch świąt bożego narodzenia, marynarce wojennej, modelu anglosaskim, Meksyku, doktrynie Monroe'a, koedukacji, równouprawnieniu kobiet, medycynie, prawie, radioaktywności, lataniu, Sądzie Najwyższym, Prezydencie jako literacie, tęgoryjcu dwunastnicy, czarnoskórych - otwórz sobie encyklopedię i dokończ listę! Robiłem to wszystko dniem i nocą przez ostatni miesiąc, stawałem na rzęsach, plus parę dodatkowych chałtur. Przez ostatnie siedem miesięcy pominąłem tylko jedne zaręczyny, a i tak chodziło wtedy jedynie o kameralny lunch. I tylko raz się gdzieś spóźniłem. Mam najlepszego szofera na świecie - to jego zasługa. Oczywiście, czasu żeby poczytać książki już mi nie wystarcza. W zasadzie nie mam nawet czasu, żeby sprawdzić co się dzieje w moim własnym domu, ani żeby przeczytać gazetę sprzed ośmiu czy dziesięciu dni (zwłaszcza, że przysyłają je w paczkach po trzy lub cztery). W związku z tym, nie dociera do mnie wszystko, co nie zostało przesłane telegramem - czyli większość.

Zapomniałbym - jest jeszcze wiele innych zadzań, jak amerykańskie śluby, na które zawsze zaprasza się ambasadora; wyciąganie ludzi z więzień, kiedy już zostali osądzeni (w tej chwili obsługuję Amerykankę, której czworo dzieci codziennie do mnie przychodzi); opiekowanie się amerykańskimi obłąkanymi; pomaganie Amerykanom w przenoszeniu kości ich przodków; interpretowanie prawa podatkowego; odbieranie medali dla Amerykanów; słuchanie amerykańskich skrzypków, pianistów i innych muzyków; pozowanie amerykańskim rzeźbiarzom i fotografom; wysyłanie telegramów do meksykańskich posiadaczy ziemskich; czytanie listów od tysięcy ludzi dysponujących udziałami w tutejszych posiadłościach; pisanie listów polecających; otrzymywanie biletów do House Gallery; otrzymywanie miejscówek na Abbey; chodzenie z ludźmi na to, tamto i owamto; dostawanie biletów na wyścigi, do galerii, do Izby Lordów; odpowiadanie na głupie pytania Anglików o USA. Z attache wojskowym, morskim, trzema sekretarzami, prywatną sekretarką, dwoma samochodami, prywatną sekretarką Alice, weterynarzem, urzędnikiem imigracyjnym, wszystkimi konsulami, gońcem, prawnikami, lekarzami i agentem celnym - nadal wszyscy jesteśmy ciągle zajęci. Jakiś czas temu kobieta była bliska śmierci. Posłałem po lekarza z prawdziwego zdarzenia. Wyzdrowiała. Jakby to było mało, zarówno ona, jak i lekarz, musieli przyjść mi podziękować - każdemu zajęło to po piętnaście minut. A potem każde z nich napisało jeszcze list! A poza tym, są tutaj jeszcze ludzie, którzy planują przyjechać do Anglii na wystawę; inni jadą na wystawę do San Francisco, kolejni do San Diego; sekretarze przybywających i wyjeżdżających dyplomatów mijają się w drzwiach (lunch dla wszystkich!); Murzyni* przyjeżdżają z Liberii, stypendyści z Oksfordu, kandydaci na prezydenta chcący zastąpić Huertę, autorzy książek, kobiety pragnące się procesować, Żydzi podeksycytowani Rumunią, paszporty, paszporty do wystawienia; konferencje poszukujące stu lat pokoju, śpiewacy operowi wyjeżdżający do Stanów, artyści, którzy kiedyś namalowali jakiś amerykański portret - rozumiesz, o co mi chodzi...?

* - dzisiaj przetłumaczylibyśmy raczej jako czarnuchy, ale wtedy słowo nigger nie było nacechowane negatywnie (zbytnio)

To w sumie też może być tak odnośnie płac w budżetówce :lol:


Wróć do „4.1. Humor”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: jazzik i 2 gości